wtorek, 7 stycznia 2014

Chapter XXXII

I możecie mieć nadzieję, że Bill się pojawi :)


><><><><><><><><><><><><><><

No longer me that you want
But I love you so much it hurts
I poured my heart out to you
Let down my guard, swear to God


Im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiałam, tym bardziej mi się wydawało, że to musiała być karma. Co prawda średnio sprawiedliwa, ale... No bo gdyby spojrzeć na to... subiektywnie, to ja zdradziłam swojego chłopaka, tak? Nieważne, że zabijał dla mnie. Ale ja za jego plecami dosłownie puszczałam się z kimś innym, a to nie mogło przejść tak po prostu bez echa. Ja – jako osoba – byłam po prostu szmatą, tak? Więc dlatego coś, co być może było Bogiem, odebrało mi kogoś, kogo kochałam. Miało sens, prawda? Do kurwy nędzy, on wcale nie brzmiał, jakby nagle się mną nudził... Może po prostu nie chciał mieć na karku Harry’ego?
Do tego właśnie wniosku doszłam, gdy zrezygnowałam z picia na kolejne dwa tygodnie i zamiast podróżowania po barach, postanowiłam ubrać się w dresy i leżeć w łóżku. Po co miałam się starać? Starałam się, gdy miałam powód, dla którego miałabym to robić.
Więc stwierdziłam, że to wszystko przez Harry’ego. Sensowne. Nie od dziś było wiadomo, że Bill dbał o wszystko, co wokół niego. Z nim samym włącznie. Najwyraźniej nie byłam aż tak ważna, by zadbał też o mnie.
Więc leżałam i patrzyłam się w sufit, bezlitośnie przeglądając w umyśle obrazki historii, jaką przeżyłam tam w Santa Monica. Czasami się nawet uśmiechnęłam i robiłam to tak długo, aż do mnie dochodziło, że to był mój pokój, nie jego. Wyobrażenia niekiedy były zbyt rzeczywiste i zapadałam się w nie tak głęboko, że ciężko było mi stanąć w rzeczywistości na równych nogach. Nie mogłam uwierzyć, że można tęsknić za kimś tak cholernie mocno i że można przeżywać „rozstanie” tak boleśnie. Bo to przecież nie było rozstanie, kiedy my nigdy nie byliśmy razem, tak? Tak. Farsa, jedna wielka farsa. Farsa, a jednak cierpiałam. Naprawdę, gdy zawsze myślałam o czymś w takich kategoriach, użycie słowa „cierpienie” było zawsze tandetne i przerysowane, ale teraz nie umiałam tego inaczej nazwać. Po prostu byłam rozszarpana na kawałki. Zmiażdżona. Zdeptana. Zniszczona. Spalona. Zasztyletowana, przestrzelona z shotguna z bliskiej odległości, zmaltretowana, utopiona, zakopana. I mogłabym tak w kółko siedzieć i wymyślać, gdyby nie to, że to dobijało mnie jeszcze bardziej. Dobita. Byłam dobita.

- Może chciałabyś...
- Milcz. – rzuciłam głucho, gapiąc się tępo w talerz. Dłubałam rybę widelcem bez specjalnego entuzjazmu, zastanawiając się, po jaką cholerę ja w ogóle próbowałam cokolwiek zjeść. Po jaką cholerę ja tu byłam? Może powinnam się wyprowadzić? W końcu już od prawie miesiąca moi fantastyczni rodzice próbowali się ze mną dogadać, a ja ich w kółko spławiałam. Czemu oni w ogóle się dziwili i udawali, że ich to boli? Nie wiedziałam. Dwadzieścia cztery dni bez Billa i jeszcze żyłam. Boże, brzmiałam jak człowiek, który nie potrafił egzystować bez drugiej osoby... Kurwa, tak właśnie było. Jak miałam sobie wmówić, że było inaczej, kiedy ja nie potrafiłam niczego ze sobą zrobić? Po prostu... Po prostu byłam jak Bill bez Emilie. Boże, byłam jak Kaulitz bez tej szmaty. Jak ja mogłam sądzić, że on mógłby mnie kiedykolwiek pokochać?
- Lena, minął już prawie miesiąc, proszę, ja... –zaczęła znowu moja matka, ale urwała, gdy z brzdękiem upuściłam widelec na talerz i spojrzałam na nią morderczo.
- Czego nie rozumiesz w tak banalnie prostej czynności jak milczenie? – spytałam słodko i wyjątkowo spokojnie. Nie odzywałam się do nich inaczej od momentu, gdy przestałam pić. Chyba nadmiar alkoholu i epickie załamanie się na oczach Katariny zrobiło swoje, bo od tamtego czasu już nie płakałam. – Zamykasz usta i nie wydajesz żadnego dźwięku. Prościzna. Możesz spróbować jeszcze raz i stosować te ćwiczenie aż do samej śmierci?
- Nie odzywaj się tak do swojej matki. – usłużnie przypomniał mi ojciec z nie mniejszą dawką groźby, niż zwykle.
- Wciąż macie mi za złe, że wróciłam, nie? – uśmiechnęłam się do nich szeroko, a policzki mojej matki uroczo się zaczerwieniły. – Wolelibyście, żebym wróciła w kawałkach? Albo żebym wam oznajmiła, że jestem w ciąży? Albo żebym wam mówiła, że byłam kilkadziesiąt razy gwałcona? Przez waszą pazerność?...
- Przestań, doskonale wiesz, że nie zrobiliśmy tego dla pieniędzy! – och, tatuś się znowu zdenerwował. A ja chciałam, żeby matka po prostu przestała pieprzyć. Jak zwykle najwyraźniej żądałam za dużo.
- Jasne, że nie. – skinęłam mu głową i sięgnęłam po serwetkę, by wytrzeć nią usta. – W porządku, wyprowadzę się. Nie ma z was pożytku, naprawdę. – odsunęłam krzesło, na którym siedziałam, od stołu i ponownie się uśmiechnęłam. – Wiecie, gdybym mogła, naprawdę nigdy bym do was nie wróciła, ale jakoś tak... Nie wiem... To chyba był nawyk. Dom rodzinny i te sprawy.
- Nie, Lena, nie wyprowadzaj się! – matka zerwała się na równe nogi, a ja spojrzałam na nią spod uniesionych brwi. – Proszę, porozmawiajmy, spróbujmy jakoś...
- Nie, nie oddam wam pieniędzy. – odpowiedziałam łagodnie i parsknęłam śmiechem, który właściwie nic nie miał wspólnego z rozbawieniem. – Więc milcz. Po prostu milcz. Milcz. – odwróciłam się na pięcie, wciąż powtarzając jedno słowo. – Milcz. Milcz. Milcz. Milcz! – krzyknęłam, gdy za moimi plecami ojciec próbował jeszcze coś mamrotać. – Jeśli nie chcecie mnie zabić z jakiegoś powodu, po prostu, kurwa, milczcie! – rzuciłam na odchodnym. Niech ich wszystkich szlag. Nie mogę nawet załamać się psychicznie we własnym domu!
- Lena!
Gwałtownie zatrzymałam się, zaciskając dłonie w pięści i z powrotem znalazłam się z nimi twarzą w twarz. Czasami zdarza się, że ma się takie ciśnienie w ciele, że trzeba zrobić wszystko, byle tylko się go pozbyć. No i ja właśnie poczułam ciśnienie i jakoś nieszczególnie czułam potrzebę, by to uspokoić po cichu.
- Sprzedaliście mnie jak bydło! Zrobiliście ze mnie niewolnicę! – ryknęłam, mając gdzieś etykietę dobrego wychowania. – Jakim cudem macie jeszcze czelność żądać ode mnie cokolwiek?! Gardzę wami! Wolałabym mieć martwych rodziców, niż was! Mam nadzieję, że życie wam dopierdoli tak samo jak mi! Życzę wam tego! – sztywnym krokiem wyemigrowałam z salonu, nie dodając ani słowa więcej. Najwyraźniej oni już też nie mieli ochoty na pogaduszki, bo przy stole nagle zrobiło się cicho. Ciśnienie zelżało, ale tylko odrobinę. Gdyby Kaulitz pojawił się w tym domu, prawdopodobnie dostałby jakimkolwiek przedmiotem, który miałabym wtedy pod ręką. Może to Harry mnie postrzelił, ale on mnie zabił. Nienawidziłam takiej odsłony swojej osobowości. Takiej słabej.

Uznałam, że powinnam przenieść się do hotelu na bliżej nieokreślony czas, by odetchnąć od toksyn, które zatruwały mnie jeszcze bardziej. Wiedziałam, że mieszkanie tutaj nie będzie dobrym pomysłem, ale, gdy tylko wyszłam ze szpitala, nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Byłam zagubiona i robiłam rzeczy, które nie miały zbyt wiele logiki w sobie. Wiedziałam, że nie powinnam była pić zaraz po tym, co się ze mną stało, ale miałam wszystko gdzieś. Wszystko, absolutnie wszystko. I teraz, gdy pakowałam swoje najpotrzebniejsze rzeczy do walizki, sprawdzając uprzednio, że będzie dla mnie miejsce w hotelu, gdzie rezydował Harry, zanim zostałam zabrana z domu, zamiast myśleć o swojej przyszłości z dala od wszystkich ludzi, skupiłam się na tym, co powiedziałam rodzicom.
Dopiero teraz w pełni do mnie dotarło, jak cholernie niebezpieczne było to, że uprawialiśmy seks bez prezerwatywy. To nie było ważne, że dochodził poza moim wnętrzem, bo przecież istniało coś takiego jak preejakulat. Mogłam zajść w ciążę. Do tego momentu mogłam być w drugim miesiącu ciąży, do cholery. Z Billem. I, gdy mogłam zrozumieć wiele, tak nagle przestałam ogarniać, dlaczego on o tym nie pomyślał. Dlaczego to zignorował. Przecież nie był głupi i miał znacznie więcej doświadczenia ode mnie... Nie przeszkadzało mu, że moglibyśmy wpaść?... Czy wtedy tak po prostu chciałby, bym poddała się aborcji? Do cholery, ja chyba naprawdę nie miałam o czym myśleć, a przecież ten temat wcale nie poprawiał mi humoru, a dodatkowo dobijał mnie jeszcze bardziej, bo po tym, jak już się przyzwyczaiłam do wizji, że nie będę miała własnego życia, dochodziłam też do wniosku, że nie przeszkadzałoby mi bycie matką jego dzieci, bo chciałam tego. Byłam doszczętnie popierdolona jak mało kto.
Nie było trudno się spakować, gdy przez niecały miesiąc właściwie wszystkie rzeczy leżały w walizce, z której prawie niczego nie wyciągałam. Byłam zrezygnowana i nie widziałam potrzeby, by to zrobić. Po prostu leżała tam w rogu pokoju i czekała, aż znowu ją zapakuję i zabiorę. I właśnie to robiłam.
Nagłe pukanie do drzwi wytrąciło mnie ze skupienia się nad składaniem jednej z ostatnich koszulek, które niedawno wyciągnęłam z suszarki. Zastygłam w bezruchu, nie mogąc wyprzeć z siebie myśli, że może to Bill, który w końcu zdecydował się mnie stąd ponownie porwać. Kat zawsze pukała i wchodziła, a... A...
- Proszę. – rzuciłam drżącym głosem, ledwo zauważając, że ściskam materiał koszulki tak, że zbielały mi kostki. Przełknęłam ślinę, gdy klamka opadła i przestałam oddychać w oczekiwaniu. Jeszcze sekunda. Jeszcze...
Moje oczy rozszerzyły się znacznie i zaczerpnęłam powietrza gwałtownie, odsuwając się o krok do tyłu, gdy w pokoju pojawił Harry Styles. Czułam, jak moje policzki zaczęły blednąć, choć serce zaczęło boleśnie uderzać w nienaturalnym tempie z paniki. Szum w uszach utrudniał mi logiczne myślenie i stałam jak ostatnia idiotka, zbyt przestraszona, by cokolwiek zrobić lub powiedzieć. A on po prostu wszedł, zamknął drzwi i oparł się o nie, zaciskając usta. Jego wzrok świdrował mnie i mierzył od góry do dołu, a ja pierwszy raz od długiego czasu poczułam, że chciałam zacząć płakać. Nie miałam możliwości ucieczki. A on tak po prostu stał i patrzył, kiedy ja nie rozumiałam, jak w zwykłym człowieku w białej koszulce i ciemnych wąskich jeansach mógł się kryć ktoś, kto był niezrównoważony psychicznie na moim punkcie. W jednym momencie przypomniały mi się wszystkie chwile, które spędziliśmy razem i to, jak szczęśliwa byłam w jego towarzystwie. To, jak się mną opiekował, rozśmieszał, tulił, dawał ciepło... Boże, mój najlepszy przyjaciel zabijał, by być jak najbliżej mnie, a ja...
- Tęskniłem za tobą. – powiedział w końcu, ubierając w słowa moje myśli i po moim ciele przetoczyła się fala dreszczy. Nie mogłam sobie przetłumaczyć, że to musiało być logiczne, że za mną tęsknił, jeśli miał obsesję na moim punkcie. Tęsknił za mną. A Bill mnie wyrzucił. Boże, o czym ja w ogóle kontemplowałam?! Harry to psychopata!
Potrząsnęłam głową, odsuwając się o kolejny krok, aż oparłam się o dwuskrzydłowe drzwi szafy. Objęłam się rękoma i przełknęłam znowu ślinę, próbując opanować natłok emocji, które w ogóle nie powinny mieć miejsca.
- Nie mów takich rzeczy, Harry. – odparłam. Zbyt miękko i zbyt słabo, by wziął mnie na poważnie. On mnie znał. Wiedział o mnie wszystko i wiedział, co zrobić, by przebić się przez mur obronny, który próbowałam wokół siebie postawić. Co ja wyprawiałam?
- Starałem się trzymać od ciebie z daleka, ale nie potrafiłem... – na jego twarzy malował się ból i to cholerne zmęczenie, które ja sama odczuwałam. Tak łatwo było zapomnieć o wszystkim, co zrobił i co ja zrobiłam. Tak łatwo było udać, że nigdy nic się nie stało. Ale blizna ciążyła i uporczywie przypominała każdą rzecz, jaka się wydarzyła podczas tych prawie trzech miesięcy. Wszystko się zmieniło. A ja chciałam po prostu odpocząć, mieć kogoś, komu by na mnie zależało, wtulić się w niego i odetchnąć. – Lena, tak cholernie przepraszam, nie strzelałem do ciebie, ja...
- Harry. – przerwałam mu, czując, że w moich oczach zaczęły się zbierać łzy. Boże, to było zbyt trudne. Jak miałam z nim rozmawiać? Jak miałam go wygonić, kiedy chciałam, żeby tu był, nie chcąc jednocześnie? Dlaczego go tu chciałam...? – Harry, przestań, proszę... – wydusiłam i to tak kurewsko bolało. Kiedy już się przyzwyczaiłam, że nic z mojej przeszłości nie wróci, on tutaj się pojawiał i mówił mi rzeczy, które chciałam usłyszeć. Od niego?
Przeczesał swoje średniej długości brązowe włosy i westchnął zrezygnowany. Tak bardzo chciałam się do niego przytulić, że ledwo panowałam nad swoimi odruchami, by postąpić te kilka kroków w jego stronę i zaznać te znajome ciepło. Ale on nie był już bezpieczny, a serce, które tylko o mniej, niż cal, minęła kula jego pistoletu, mówiło mi co innego. Dlaczego Bill mnie odrzucił, kiedy ja potrzebowałam go tak bardzo, że bez niego nie rozumiałam, co robiłam i dlaczego to robiłam?... Chciałam zwątpić i przestać wierzyć, że Harry naprawdę zabijał. Przecież był taki dobry. Chciał mnie obronić, prawda?...
- Lena, ja... – odchrząknął i na nowo przestałam oddychać, gdy nagle ruszył w moim kierunku i zatrzymał się przede mną dosłownie na kilkanaście cali. Do moich nozdrzy doleciał zapach jego perfum i jego męskiego ciała i moje wnętrzności boleśnie związały się w supeł. Co się ze mną działo, do cholery?... Byłam aż tak żałosna, by reagować na niego w taki sposób, bo byłam samotna?... Chciałam go dotknąć, jednocześnie chcąc go odepchnąć. Boże, chciałam do Billa!... Zacisnęłam powieki, gdy jego palce odgarnęły włosy z mojej twarzy. Klatka piersiowa unosiła się gwałtownie, gdy panika zaczęła przerastać moje ciało. Dotknął mnie. – Kocham cię. – wyszeptał, a ja zagryzłam wargę, czując pieczenie w oczach. Dlaczego on mi to mówił po tym wszystkim? Dlaczego?!... – Lena, jestem w stanie zrobić dla ciebie wszystko, ja... – urwał w tym samym momencie, gdy po moich policzkach spłynęły gorące łzy. Chciałam usłyszeć te słowa nie od niego. Od Billa. Dlaczego mnie zostawił na łaskę Harry’ego? Ściskałam skrzyżowane ręce w pięści, czując, że za chwilę kompletnie się rozpadnę z bólu i paniki. Pozwoliłam, by człowiek, który dla mnie zabijał, mówił mi takie rzeczy i stał tak blisko i opierał swoje czoło o moje czoło i... Boże, dlaczego nie potrafiłam mu powiedzieć „nie”? To nie był ten sam Harry, jakiego znałam. On przecież nigdy nie istniał. Trzymałam się kurczowo wspomnień, które były tylko kłamstwami. Moi rodzice wpuścili mordercę do domu. A wcześniej kogoś, kto mnie kupił. Boże, Boże, Boże... – Nie zrobię ci krzywdy. Nigdy. – zapewnił i dopiero do mnie dotarło, że byłam tak przerażona, że wszystkie moje mięśnie spięły się tak, że bolało mnie całe ciało. – Nie mógłbym, Lena...
- Zabiłeś ich... – wyszeptałam zduszonym głosem, nie potrafiąc otworzyć oczu. Zachłysnęłam się powietrzem, co zwiastowało histeryczny płacz. Byłam przygnieciona skrajnie odwrotnymi emocjami i uczuciami. Chciałam go blisko, ale gdy już podszedł, całkowicie do mnie dotarło, że przecież był niebezpieczny nawet dla mnie. Nie wierzyłam mu, że nie mógłby mnie zranić. Ale bałam się oponować. Bałam się zareagować niestosownie. Bałam się go. Bałam się najlepszego przyjaciela, który trzymał się mnie od dzieciństwa.
- Wiem, że to zabrzmi strasznie, ale, Lena, oni do ciebie nie pasowali, ja...
- Co jest we mnie takiego, że dla mnie stałeś się mordercą? – spytałam, zaciskając drżące usta w cienką linię. Łzy jedna po drugiej skapywały z mojego podbródka na koszulkę, a ja czułam się tak żałośnie bezsilna. Jego oddech owiewał moją twarz, a dłonie delikatnie zaciskały się na moich barkach. Ze strachu było mi niedobrze. Tak cholernie niedobrze.
- Lena, kochasz mnie. Powiedziałaś mi to. Jak mogłem pozwolić innym odebrać mi to uczucie? Nikt nigdy nie będzie tak blisko ciebie, jak ja jestem. Znam cię. Kocham cię bardziej, niż ktokolwiek kiedykolwiek będzie w stanie. – nie rozumiałam go. Nie rozumiałam, co do mnie mówił, kiedy przed oczami miałam Billa, który nigdy nie poczuje tego, co ja do niego. Byłam pozostawiona bez opieki. Byłam sama. A on mówił... – Jesteśmy dla siebie stworzeni, Lena... – wyszeptał, a jego dłonie nagle zaczęły się przesuwać w górę, ku szyi, ku uszom, aż ujęły moją twarz, a ja wciąż stałam jak sparaliżowana, nie potrafiąc go od siebie odsunąć. W umyśle wciąż przelatywały mi obrazy Billa, z którym było tak dobrze, tak bezpiecznie. Dopóki nie pojawił się Harry, którego usta nagle całowały moje zamknięte powieki. Wydałam z siebie cichy dźwięk przerażenia, który on albo zignorował, albo nie usłyszał i już było po mnie. Bałam się tak cholernie, że nie umiałam nic zrobić. Po prostu stałam, oddychając spazmatycznie i szybko, póki jego miękkie wargi nie dotarły do moich ust, by je zacząć z czułością muskać. Usta Harry’ego. Na moich. Usta Harry’ego, nie Billa. Chciałam umrzeć. Chciałam zniknąć, zapaść się, eksplodować. Ale zamiast tego wciąż stałam, a przy kąciku ust znalazł się jego kciuk, który tak po prostu rozchylił moje wargi i... I Harry mnie całował. Najpierw mi powiedział, że mnie kocha, a potem zaczął mnie całować. – Nie bój się... – usłyszałam jego łagodny głos. – Wiem, że tego chcesz... – czy ja tego chciałam? Chciałam Billa. Skąd on mógł wiedzieć, czego ja mogłam chcieć? – Nauczę się wszystkiego, co najbardziej lubisz, Lena. I zobaczysz, że jesteśmy dla siebie idealni... – wymruczał i jego usta z powrotem opadły na moje, a ja poczułam się doszczętnie zbrukana. Nie miałam pojęcia, dlaczego mu na to pozwalałam, ani nie miałam pojęcia, dlaczego pozwoliłam jego językowi na wtargnięcie na moje terytorium. Ani dlaczego pozwoliłam, by jego dłoń zacisnęła się na moim biodrze. Dlaczego oddawałam pocałunek? Dlaczego nie było kolczyków w dolnej wardze, a włosy, na których zacisnęły się moje palce, były delikatnie kręcone i tak wyraźnie czułam na nich lakier? Wciąż mnie mdliło. Teraz jeszcze bardziej. Jego usta smakowały inaczej, nie czułam nuty papierosów, ani tego wyjątkowego czegoś, co miał Bill. Nie podobało mi się to. A jednak oddawałam mu pocałunek tak, jakby było na odwrót. Nie mogłam przestać płakać, ale poddawałam się, bo nie umiałam walczyć przeciwko Harry’emu, który był kiedyś dla mnie wszystkim. Chciałam, by się ode mnie odsunął i brzydziłam się sama siebie przez to, że nie potrafiłam zainicjować żadnego kroku w tym kierunku. Uległam mu. Odejście Billa uczyniło mnie tak cholernie słabą, że nie miałam siły nawet na ustanowienie jakiejkolwiek hierarchii. Bill był na szczycie, a reszta legła w gruzach. A co, jeśli nie mogłam go mieć? Piramida w ogóle nie istniała. Nic nie istniało. A w języku nie było kolczyka. – Och, wiedziałem. – wydyszał, gdy nagle się ode mnie oderwał. Udało mi się otworzyć oczy, choć przez łzy niewiele widziałam. Czy on nie widział, że ja płakałam? Jak mógł sądzić, że łzy toczyły się bez żadnego powodu? Dlaczego nie rozumiał, w jakim byłam położeniu? I dlaczego oczekiwałam, że to zrozumie, skoro zabijał dla mnie? – Wiedziałem, że gdy tylko wyrwiesz się spod uroku tego człowieka, wszystko wróci do normy. – uśmiechnął się delikatnie i pocałował mnie w czoło. – Zadbałem o to, by już więcej się nie pojawił. – dodał, a ja wstrzymałam oddech, czując, że oblał mnie nagle zimny pot.
- Czy ty...? – wykrztusiłam, a gula, która niespodziewanie pojawiła się w moim gardle, uniemożliwiła mi dokończenie pytania. Zaczęło mi się kręcić w głowie i ból ze strachu eksplodował w moim żołądku. On nie mógł go...  Boże, on nie mógł...
- Nic mu nie zrobiłem. – odparł spokojnie i pogłaskał mnie pieszczotliwie po policzku. – Po prostu odnalazłem jego byłą dziewczynę i mu ją podrzuciłem. Lubię happy-endy. – stwierdził i uśmiechnął się szeroko.
Emilie. Boże, on wysłał mu Emilie.


*Eminem – Space Bound
Nie chcesz mnie więcej
Ale kocham cię tak, że to boli
Wylałam na ciebie swoje serce
Przestałam się bronić, przysięgam na Boga

><><><><><><><><><><><

A kto chce zobaczyć mojego nowego priti kolorowego bloga, który zmyla swoim wyglądem -> LFN

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Chapter XXXI

Tadaaaaaaaaam, nowy rozdział! 

><><><><><><><><><><><><><><

Another shot of whisky please bartender
Keep it coming til I don't remember at all
How bad it hurts when you're gone
Turn the music up a little bit louder
Just gotta get past the midnight hour
Maybe tomorrow it won't
Be
This
Hard
Who am I kidding
I know what I'm missing*

Patrzyłam tępo w kieliszek wódki, który został mi podstawiony prawie pod sam nos i prawie parsknęłam na myśl o tym, że to była kolejna dobra rzecz, która przeszła mi w genach po matce. Polacy zawsze mieli mocne głowy. Nie miałam pojęcia, który to był shot, ale byłam przekonana, że powinnam już leżeć pod stołkiem barowym, całkowicie nieprzytomna. Szumiało mi w głowie i byłam tak wściekła, że miałam ochotę opieprzyć kieliszek za to, że nie przynosił mi to żadnej ulgi. Alkohol był taki przereklamowany. Ile musiałam wypić, żeby w końcu urżnąć się tak, by urwał mi się film? Próbowałam już siódmy raz.
- Wielu masz takich klientów, Patrick? – spytałam smętnie, obracając szkło między palcami. Musiałam przyznać, że byłam naprawdę zabawna. To siódmy podrzędny bar, w którym przesiadywałam w ciągu tygodnia. Po co ja to robiłam? Nie miałam pojęcia. Rozrywka była przednia. Wydawałam tylko pieniądze, a potem barmani za mnie zamawiali taksówkę, która zabierała mnie do domu i następnego dnia tu wracałam, by odebrać swój samochód i wyruszałam w trasę, by znaleźć kolejny bar, w którym mogłabym się upić. Cóż, lepsze to, niż przesiadywanie w domu. Na samą myśl robiło mi się dosłownie wesoło. Bardzo sarkastycznie wesoło. Mieszkałam z ludźmi, którzy mnie sprzedali. Co więcej, żeby dobrze zrozumieć żart sytuacyjny, „umowa o zerwaniu umowy” traktowała o tym, że wszystkie pieniądze, czyli te dziesięć milionów, miały przejść na moje nazwisko. Czyli było tak, jakby oni nigdy nie zrzekli się córki, a ta córka z dnia na dzień stała się bogata. Teraz ta sama córka traktowała ich jak powietrze. Z resztą wszystkich traktowałam jak powietrze. Odgrodziłam się nawet od Kat, która wciąż widywała się z Tomem. Ze wszystkich osób ONA widziała się z mężczyznami, którzy w ciągu niecałych dwóch miesięcy stali się dla mnie rodziną. Nie było, kurwa, sprawiedliwości na tym świecie. Po prostu nie było. Znowu musiałam się powstrzymać, by nie roześmiać się na głos. Po jaką cholerę szukałam sprawiedliwości w tym, co się działo? Halo, to ja, Lena Howard, która została sprzedana świrowi, który okazał się być mniej szkodliwy, niż najlepszy przyjaciel, świr numer dwa, który miał obsesję na jej punkcie i omal jej nie zabił, próbując zabić świra numer jeden. A potem świr numer jeden ją porzucił i na końcu „umowy o zerwaniu umowy” widniał zajebisty dopisek, że miała się trzymać od świra numer jeden z daleka do końca życia.
- Nie przypominam sobie, żeby mnie pytała o to kobieta. – odezwał się barman, a ja podskoczyłam, zupełnie zapominając, że w ogóle coś do niego mówiłam. Uniosłam wzrok z kieliszka na blondyna stojącego za barem i zapragnęłam mu przyłożyć za to, że śmiał być wysoki, szczupły i umięśniony jak mężczyzna, którego chciałam utopić w alkoholu. Łącznie ze sobą. – Nie sądzisz, że już ci wystarczy? – spytał siódmy barman z rzędu, a ja roześmiałam się gorzko, chwilowo tracąc kontrolę nad głową, która zatoczyła pijackie koło. Przynajmniej dobrze wyglądałam. Tak dobrze, że zostałam odrzucona. I miałam na sobie bieliznę za tysiąc dolarów. I pewnie koło dwóch tysięcy w portfelu, bo próbowałam zabić smutek zakupami w drodze do kolejnego baru. Ha, ja nawet dostałam z powrotem swój telefon, choć nie wiedziałam, po co mi on był, skoro w kółko dobijała się do niego Katarina i przeszkadzała mi w próbach zabicia umysłu.
- Boże, nie. – burknęłam, jednym haustem opróżniając kieliszek. Kurwa, wódka była taka ohydna w smaku. – Ale powiem ci, że jeszcze kilka shotów i będziesz mógł zadzwonić po taksówkę. Jest jeden plus, a nawet dwa. Nie wymiotuję i nie gwałcę. Może się jednak zdarzyć, że zacznę nagminnie narzekać na swoje życie, ale to chyba norma, nie? W sensie to było moje pytanie, czy często słyszysz narzekanie od innych... – podsunęłam mu pusty kieliszek, a on ze zmarszczonym czołem nalał do niego wódki. Najwyraźniej odstawałam od innych pijaków. Cóż, nic nowego. Od każdego odstawałam.
- W takim razie możesz narzekać. Nikogo innego nie ma, więc nie przeszkadzasz. – uśmiechnął się lekko, a ja rozejrzałam się wokół, prawie zlatując przy tym ze stołka. Cóż, może jednak nie byłam tak trzeźwa, jak mi się zdawało przed chwilą. A raczej moje ciało nie było. Z drugiej strony to nie powinnam była mieć do niego żadnym zażaleń. Od dziesięciu dni nie zaznało ani krzty seksualnej ulgi, więc miało prawo robić to, co tylko chciało. Mózg z tego powodu też nie był szczególnie zadowolony. Ale mózg był kurewsko trzeźwy i z tej irytacji strzępił język. Po co? Przez tydzień już to robiłam, a nie czułam żadnej ulgi. Znowu. Ani alkohol, ani gadanie nic nie dawało. Więc czy istniało coś, co mnie odmóżdży? One-night-stand? Szlag, dlaczego nie potrafiłam się przekonać, że z kimś innym byłoby tak dobrze jak z Kaulitzem? Nawet nie próbowałam sobie wmówić, że byłoby lepiej, bo to było po prostu niemożliwe.
Głupia, głupia miłość.
Tylko trzy miesiące z hakiem i wrócę na uczelnię i przestanę myśleć. Tak, Kaulitz uczynił cud i nie wyrzucili mnie ze uczelni. Co więcej, ja zdałam! Pieprzony Kaulitz! Kurwa, jak ja miałam teraz bez niego żyć, do cholery jasnej? Zostawił mnie w najgorszym momencie, kiedy ja nawet nie wiedziałam, czy cokolwiek dla niego znaczyłam. Ba, nie mogłam, bo gdyby było inaczej, nie zostawiłby mnie! Nie zostawiłby!
Żachnęłam się i wypiłam wódkę z kieliszka. Fuj, no kurwa, fuj.
- Powiem ci, Patrick, że mam wybitne nieszczęście z facetami i tak, wiem, że to bardzo oklepany temat i pewnie tylko o tym słyszysz od ludzi. – machnęłam niedbale ręką, prawie zwalając szkło na podłogę. – Kurwa, ja jednak naprawdę jestem bardziej nawalona, niż myślałam. – westchnęłam, krzyżując ramiona. – Byłam postrzelona. – rzuciłam nagle, odsłaniając czarną koszulkę, by pokazać mu opatrunek, z którym ciągle musiałam się babrać. – Mój ee... były chłopak mnie postrzelił, bo chciał zabić mężczyznę... – urwałam, mrugając gwałtownie powiekami, przestając rozumieć, jaki był sens w gadaniu. Przecież nawet nie mogłam powiedzieć detali. A bez detali ta historia była pozbawiona logiki. – Patrick, to jest tak popieprzone, że nie mogę ci tego powiedzieć. – wyszczerzyłam do niego zęby, a on parsknął śmiechem i potrząsnął głową, wracając do wycierania szklanek. – Ale morał jest jeden, panie barmanie. Mieszkam ze swoimi rodzicami, którzy mnie oddali przy pierwszej możliwej sposobności, a teraz... – jęknęłam bezradnie i przywaliłam z impetem czołem w blat baru. Był jeden plus alkoholu. Przynajmniej nie bolało. – To wszystko nie ma za grosz sensu... – wymamrotałam, czując, że już nie miałam na nic siły. Znowu. Telefon rozdzwonił się w mojej torebce, a ja skupiłam się na tym, by go zignorować. Wiedziałam, że to Kat. Kto inny mógłby do mnie dzwonić o takiej porze, jeśli nie ona? A właśnie, która to godzina?
Nie podnosząc głowy z blatu, wyciągnęłam martwymi rękoma telefon z torebki i przewróciłam oczami, aż zabolałby, gdy zobaczyłam na wyświetlaczu zdjęcie Kat. Boże, czemu ona przeszkadzała mi o.. O, już wpół do trzeciej? Kurwa, czego ona chciała ode mnie w środku nocy? A pierdol się, pewnie jesteś u Toma. Czyli w domu, w którym chciałabym się ukryć przed rzeczywistością. Pierdol się, pierdol się, pierdol się!
Odrzuciłam połączenie i wyłączyłam telefon, wrzucając go z powrotem na swoje miejsce i prychnęłam głośno. Już otwierałam usta, by poprosić o kolejny kieliszek, gdy ów kieliszek wylądował mi przed oczami.
- Nie jesteś sama, skoro ktoś się tobą interesuje o tej godzinie. – zauważył Patrick, a ja roześmiałam się bez wesołości.
- Nieszczególnie mnie to cieszy, jeśli jedyna osoba, na której mi obecnie zależy, się mną nie interesuje. I, kurwa, wyłączyłam telefon, a muszę zamówić taksówkę, niech to szlag... – jęknęłam i poczułam, jak do oczu zaczęły mi nabiegać łzy. Byłam już zmęczona. A to dopiero tydzień. Kolejny dzień do kolekcji. Ile ich miało jeszcze być? Dwa? Trzydzieści? Trzysta sześćdziesiąt pięć? Wieczność? To dopiero tydzień, a ja czułam się tak, jakby ktoś wyrwał ze mnie wszystkie narządy odpowiadające za czynności życiowe. Nigdy nikt mnie nie porzucił i... Nie, to nie było to. Po prostu każdy mógł mnie porzucić, tylko nie on... Otworzyłam się przed nim, powiedziałam mu, co do niego czuję, choć byłam pewna, że to będzie moje samobójstwo i, kurwa, zaakceptował mnie z tym, było tak... Było... – Patrick, będę ryczeć, mógłbyś zadzwonić po taksówkę, zanim będziesz musiał mnie zbierać z podłogi?...

Dom był taki obcy.
Nie chodziło o to, że będąc pijanym miało się problem z dojściem gdziekolwiek w ciemnościach. Nie chodziło o to, że droga do łóżka dłużyła się niemiłosiernie, równie długo jak cały tydzień. Prawie skręciłam sobie kostkę, ściągając ze stóp szpilki, ale to nie przeszkadzało mi w potykaniu się o własne nogi. Nie chodziło o to, że nikt na mnie nie czekał, a przed „sprzedażą” zawsze tak było. Chciałam być u niego.
Pokój był mały i ciasny. Łóżko małe i zimne. Duszno. Samotnie. Niewygodnie. Źle. Pusto. Cicho. Opatulałam się kołdrą po głowę, bym nie musiała widzieć, że nie byłam u siebie. Boże, nie byłam u siebie, będąc u siebie. Byłam zmęczona narastającą ironią i sarkazmem, z którymi zderzałam się codziennie.
I na dodatek łapałam się na tym, że nie pamiętałam, gdzie co było, a gdy zamykałam oczy, potrafiłam przywołać każdy szczegół z sypialni, w której rezydowałam przez półtora miesiąca. Czy ja byłam bliska szaleństwa? Nie wiedziałam. Wiedziałam za to, że alkohol, który miał pomagać w zasypianiu, kompletnie nie sprawdzał się w swojej roli. I gdy już leżałam na łóżku, dusząc się brakiem powietrza pod pościelą, zastanawiałam się, po jaką cholerę ja codziennie uciekałam, kiedy nie było sensu uciekać przed samym sobą. Nie było sposobu. A ja w kółko próbowałam i wściekałam się, że to nie działało. Sęk w tym wszystkim był taki, że chciałam zignorować pustkę, która siedziała dokładnie we wnętrzu mojego ciała i umysłu. Byłam bezdennie głupia. I bezdennie zakochana w człowieku, który mnie nie chciał. I wciąż odtwarzałam sobie wszystkie sytuacje i nie potrafiłam przestać. Jakby mi ktoś w mózgu nastawił film na opcję „powtarzanie”.
Uderzałam głową w poduszkę raz za razem, a obrazy nie znikały. Cierpiałam na cholerną bezsenność i zdarzało mi się, że potrafiłam nie zmrużyć oka przez całą noc. Miałam paskudne poczucie, że tym razem będzie dokładnie to samo.
Wyobraziłam sobie miliard wariacji sytuacji, gdzie Bill się pojawiał i... I nie wiem, kazał mi wracać... Nie musiałby mi wyznać miłości. Po prostu niech mnie zabierze z tego miejsca...

- Lena, do kurwy nędzy, martwiłam się...
- Niepotrzebnie. Jak widzisz, żyję, mam się świetnie i...
- Czy ty jesteś pijana?
- Skąd w ogóle wiedziałaś, gdzie jestem? – skrzyżowałam ramiona i spojrzałam na nią wyczekująco, a gdy jej policzki się zaróżowiły, wszystko wskoczyło idealnie na miejsce. Nagle hipoteza zagnieździła się w mojej podświadomości i te wszystkie telefony w środku nocy, kiedy nikt nie wiedział, gdzie byłam i kiedy ja teoretycznie powinnam spać... Poczułam ochotę, by coś rozpierdolić. – Kurwa, nie mów mi, że ktoś mnie śledzi!
- Nie drzyj się! – syknęła Kat, łapiąc mnie za łokieć, ale natychmiast się wyrwałam spod jej dotyku. Wyciągnęłam z portfela kilka banknotów i rzuciłam je na ladę, zeskakując ze stołka barowego. Zignorowałam bełkot barmana o tym, że dałam mu znacznie za dużo pieniędzy. Byłam wściekła.
- Zajekurwabiście! – warknęłam, sztywno wypadając z baru na dwór, gdzie buchnęło we mnie gorące powietrze. – Po prostu przezajekurwabiście! Kurwa, kurwa, kurwa! – wrzasnęłam, a kilka klientów na parkingu spojrzało na mnie litościwie. Zmrużyłam morderczo oczy, kierując się do Hondy, która stała właściwie w najodleglejszym rogu całego placu, ledwo nadążając za swoimi czarnymi szpilkami, które miałam na sobie. To wszystko musiało być jakimś żartem. A może ja spałam?... Nie miałam pojęcia, ale fakt był jeden. Nie chciałam tego wiedzieć. I nie chciałam, żeby Katarina się za mną toczyła, próbując mnie dogonić po tym, jak prawie dostała drzwiami, które z impetem otworzyłam i które z impetem się za mną chciały zatrzasnąć.
- Lena, porozmawiajmy, do cholery, jak ludzie!
- I mówi to ta, która mnie z góry oceniła za postępowanie i traktowała mnie jak szmatę do podłogi! – odgryzłam się, ani na sekundę nie odwracając do niej głowy. Chciałam stąd zniknąć, znaleźć może jakiś nocny klub, cokolwiek... Byłam cholernie niewyspana. Mógłby mnie tam ktoś napaść, zgwałcić, dosypać jakichś proszków do drinka... Mogłabym tam umrzeć...
- Ale ja ciebie nie unikałam przez prawie dwa tygodnie! – oburzyła się, a ja przewróciłam oczami. Doszłam szybkim tempem do Hondy, pilotem odblokowałam zamki i już naciskałam klamkę, gdy Kat złapała mnie za ramię. Świetnie. I przez nią jeszcze chciałam wracać do domu po alkoholu. Do czego to, do cholery, doszło? Wolałam, żeby to ktoś mnie zabił, a nie ja sama siebie. To by oznaczało, że byłam słaba. I chociaż wiedziałam, że taka byłam, wolałam sobie wmawiać, że było inaczej.
- Unikałabyś mnie dłużej, gdyby cię Tom do mnie nie przyprowadził, więc sobie daruj. – prychnęłam, ale nie ruszyłam się z miejsca. Brakowało mi jej. Brakowało mi całej trójki, do kurwy nędzy. Nie Harry’ego, nie reszty z jego zespołu, nie znajomych z uczelni, ani nie moich rodziców. Chciałam... Chciałam wiedzieć, co z nimi, jak się czuli, jak... Rozejrzałam się wokół i rzeczywistość mnie znowu uderzyła jak obuchem. – Kurwa, ja naprawdę jestem śledzona? Kto cię, kurwa, tutaj podwiózł? – spytałam zdławionym głosem, a Kat spuściła wzrok. Poczułam, jak moje serce zaczęło wykonywać jakiś radosny maraton w bliżej nieznanym mi kierunku i celu. Szlag by to trafił, mogłaby skłamać i nie zachowywać się tak oczywiście! – Nie chcę się zachować jakoś wulgarnie, ale po chuj on w ogóle cię tutaj wysłał i dlaczego, do kurwy nędzy, mnie śledzi, skoro mnie nie chce?! – uniosłam się, ledwo panując nad odruchem, by przywalić głową w szybę, albo skopać drzwi. To wszystko nie miało żadnego sensu.
- Prawdę powiedziawszy, to zakazał mi zadawania jakichkolwiek pytań. – odpowiedziała zrezygnowana i wzruszyła ramionami. – Nie mam pojęcia, o co mu chodzi i nie wiem, co on na twoje zachowanie, ale ja się martwię, Lena. – spojrzała na mnie ze zbolałą miną, a ja nie mogłam się opanować, by nie parsknąć suchym śmiechem. Złapałam jej rękę i położyłam na jej dłoni klucze.
- Zabierz mnie do domu. Obiecuję ci, że więcej chlać nie będę. – wycedziłam głosem ociekającym sarkazmem i oderwałam się od niej, by wsiąść do samochodu od strony pasażera. – Dzisiaj. – dodałam pod nosem i ponownie przewróciłam oczami. Kim oni byli, by mi rozkazywać? Już nikt nie miał nade mną żadnej władzy, ani kontroli. Jeśli nikt mnie nie chciał wcześniej, to niech się pocałują teraz w dupę. Wielki Kaulitz nie potrafił już nic innego, niż tylko utrudnianie ludziom egzystencji. Wywalił mnie na zbity pysk, a teraz miał jeszcze czelność robić coś za moimi plecami. A niech spierdala. Po prostu niech, kurwa, spierdala.
Cóż, najwyraźniej pod minimalnym wpływem alkoholu robiłam się cyniczna i zgorzkniała. Cóż za pech.
- Lena, dlaczego się ode mnie odsuwasz? – zapytała Kat, gdy usadowiłam się na miejscu i skrzyżowałam ramiona, udając obrażoną. Tak naprawdę to chciałam, żeby mnie odwiozła i zostawiła w spokoju. Byłam zmęczona swoim własnym życiem i tyle.
- Bo jestem zazdrosna. Nie chcę rozmawiać na ten temat. Nie bez powodu próbuję się zalać w trupa. – odparłam, odmawiając sobie spojrzenia na nią. Zamiast tego wolałam gapić się przez boczne okno, mając gdzieś to, czy ona nas zabije samochodem, czy nie. Po prostu niech jedzie przed siebie. Gdziekolwiek. Cokolwiek. Wszystko jedno. – Bezskutecznie. Zero pożytku. Zero...
- Lena, o czym ty do mnie mów...
- Odwieź mnie. – ucięłam, unosząc ostrzegawczo dłoń. – Po prostu mnie odwieź i nic więcej nie mów.
- Nie możesz mnie tak bezsensownie odpychać...
- Jakie „bezsensownie”?! – odwróciłam się do niej, zaciskając zęby, gdy za mała ilość alkoholu zaczęła wypierać ze mnie wszystkie uczucia, które chciałam zakopać gdzieś głęboko w sobie. Otępienie było dobre. A to, że w moich oczach zalśniły łzy, już nie. To, że bolało mnie serce, też. To, że chciałam uderzać głową we wszystko, by stracić przytomność, najlepiej na zawsze, też. To, że Kat zobaczy moje załamanie, też. – W czym ty w ogóle doszukujesz się logiki, do chuja?! Tęsknie za facetem, który mnie kupił i nie mogę znieść myśli, że moja przyjaciółka go widuje ot tak! No, do kurwy nędzy, kocham człowieka, który mnie wyjebał dosłownie i w przenośni! Gdzie ty próbujesz znaleźć logikę?! – czy obchodziło mnie, że się darłam? Naprawdę krzyczałam, bo poczułam, że zabolało mnie gardło. Nie obchodziło mnie to. Ani odrobinę. – Odwieź mnie do domu! Chcę zostać sama i zwariować z dala od innych!
Kat patrzyła na mnie oniemiała, mrugając tylko oczami, jakbym ją zaszokowała. Czym niby? Tym, że nigdy przy niej nie wrzeszczałam? Tym, że zachowywałam się jak pierdolnięta wariatka? Wewnątrz mnie czułam powoli rozsadzające mnie coś, co uwierało i bolało po skurwysynu.  Zamaszyście starłam łzy z policzków, próbując zapanować na świszczącym i spazmatycznym oddechem, który sprawiał, że myślałam, że za chwilę się uduszę. Chciałam zniszczyć samochód, telefon, siebie. Chciałam zniszczyć to palące kurewstwo. Chciałam...
- Jeśli chcesz, nie będę się wtrącać w twoje życie... – usłyszałam cichy beznamiętny głos Katariny, a po mojej skórze przebiegły dreszcze.
- Świetnie! Wyjdź i mnie zostaw! No idź! – machnęłam ręką w stronę drzwi. – Po prostu mnie, kurwa, zostaw jak ten skurwiel!
- To czego ty chcesz, do cholery?! – uniosła się, a ja rozleciałam się całkowicie i wtuliłam się w nią, siorbiąc nosem jak mały dzieciak. – Och, Lena... – jej dłonie spoczęły na moich plecach i już nic więcej nie powiedziała, otaczając mnie ramionami, których wcale nie chciałam. Jedyne ręce, które potrzebowałam przy sobie czuć, należały do osoby, która miała mnie tak daleko, jak daleko ode mnie mieszkała. Sto trzydzieści dwie mile od miejsca mojego zamieszkania. Jak Kat podróżowała tyle godzin w tę i z powrotem? I co mnie to interesowało?
Teraz nikt nie mógł mi wmówić, że to, co czułam do pieprzonego Kaulitza, to tylko zauroczenie. Pociąg seksualny. Chciałam go. Z powrotem.
Byłam taka zmęczona...


Barman, proszę o kolejną whisky
Przynoś ją, dopóki zupełnie nie zapomnę
Jak bardzo boli, gdy ciebie nie ma.
Podkręć trochę muzykę
Musi po prostu minąć północ 
Może jutro nie będzie
już
tak
ciężko
Kogo ja oszukuję
Wiem, czego mi brakuje