sobota, 11 stycznia 2014

Chapter XXXIV

Miałam deal ze Sparkle, że jeśli dzisiaj skończę pisać rozdział, dodam coś tutaj. Więc tadaaam! :)
P.S. zbliżamy się już do końca. I mam nadzieję, że zachowanie Leny w tym rozdziale Was trochę pocieszy i nie będziecie się nad nią aż tak załamywać xD

><><><><><><><><><><><><><><><


Co ja robiłam? Dlaczego go nie zatrzymywałam?
Patrzyłam z przerażeniem na dłoń, która mnie ciągnęła do łazienki i czułam coraz większe mdłości. Jak mogłam skończyć w taki sposób? Zawsze wiedziałam, co miałam ze sobą począć i chociaż wiele rzeczy mnie załamywało, ja unosiłam głowę i maszerowałam dalej przed siebie. A teraz mój były chłopak, były przyjaciel, morderca, chciał ze mną uprawiać seks, kiedy ja byłam zaniedbana, miałam okres i co najgorsze z tego wszystkiego – nie chciałam tego robić. Brzydziłam się go. Brzydziłam się siebie. On mnie nawet nie pociągał w seksualny sposób i gdybym zgodziła się na jakiekolwiek zbliżenie, sprawiłby mi ból, On nie był Billem, który jakimś cudem sprawiał, że wystarczyło, bym na niego patrzyła. To już nawet nie chodziło o to, że nic do Harry’ego nie czułam. Ale jak ja mogłam się na cokolwiek zgadzać, kiedy wiedziałam, że ten człowiek był niezrównoważony psychicznie? Jak mogłam pozwolić mu na takie coś? Bill wykopał mi grób, ale to Harry mnie tam zakopywał. A ja sama się tam wrzuciłam.
Dlaczego nie reagowałam? Przecież nie mogłam pozwolić na to, by znieważył moje ciało jeszcze bardziej. Bym ja sama to zrobiła. Miałam jakąś wartość. I te słodycze musiały coś oznaczać. Nie mogłam się poddać, by nie rozwikłać tej zagadki. Chciałam się spotkać z Tomem. A jeśli Harry mnie wykorzysta, nie przeżyję tego. Zrezygnuję ze wszystkiego, bo nie zniosę zbezczeszczenia samej siebie.
- Harry. – odezwałam się, choć zbyt cicho, by mnie usłyszał. A może znowu mnie po prostu zignorował. Znaleźliśmy się w przeklętej łazience i poczułam lodowaty skurcz żołądka i kwas w przełyku. Było mi niedobrze i kręciło mi się w głowie. – Harry. – spróbowałam jeszcze raz, a on odwrócił się do mnie i pierwszy raz ujrzałam w jego oczach coś, co kompletnie mi się nie spodobało. Oczy, usta, jego cała twarz wyglądała jak twarz szaleńca. Uśmiechał się w niezidentyfikowany sposób, a oczy błyszczały nienaturalnie. Przyciągnął mnie do siebie, znów składając na moich ustach pocałunek. Jak miałam to rozegrać? Jak miałam sprawić, by nigdy więcej mnie nie dotykał? By nigdy więcej mnie nie nachodził? Co miałam zrobić, by nie próbował zabić już ani jednej osoby? Bałam się. – Nie. – odsunęłam go od siebie, choć on trzymał mnie za nadgarstki. To musiała być misja samobójcza. Jeśli poprzednia była udana, ta też była skazana na powodzenie w ujrzeniu śmierci, prawda?
- Lena, wiesz, że będzie dobrze. – puścił moje ręce, by ściągnąć z siebie koszulkę, a ja w tym samym momencie cofnęłam się o dwa kroki. Musiałam zacząć myśleć, jeśli chciałam to dobrze rozegrać. Nie mogłam rzucać się w ramiona kogoś, kogo się brzydziłam tylko dlatego, że byłam sama. – Lena?...
- Nie. – potrząsnęłam głową, robiąc kolejny krok do tyłu. Stanęłam w progu łazienki, próbując zakryć się ramionami. Nie podobał mi się jego potworny wzrok skanujący każdy cal nagiej skóry. Ja za to widziałam mięśnie jego rąk i nie wiedziałam, co zrobić, by nie użył ich przeciw mnie. Jak bardzo szalona byłam, że zadawałam się z mordercą? – Harry, to się nie uda. – wyrzuciłam drżącym głosem, nie wiedząc, skąd nagle wziął się we mnie bunt. Doskonale zdawałam sobie za to sprawę, że jeśli nie zareaguję teraz... Nawet nie chciałam myśleć, co by było później. Zawartość żołądka, którą miałam prawie w gardle, mówiła sama za siebie. Jeśli nie mogłam mieć Billa, nie chciałam być z nikim. Szczególnie z Harrym.
Parsknął śmiechem i zanim się zorientowałam, był przy mnie z powrotem, trzymając mnie za ręce. Zadrżałam i przełknęłam głośno ślinę, próbując zignorować narastającą panikę. Nie mogłam się dać ponieść, bo całkowicie stracę nad tym wszystkim kontrolę, a, do cholery, nie miałam jej przez ponad miesiąc. To nieważne, że chciałam się skulić i płakać i oddać się, by mieć spokój.
- Skarbie, o czym ty mówisz? Przecież zrobiliśmy wszystko, by być razem. To musi się udać. Musi, rozumiesz? – spojrzał na mnie z naciskiem i spuściłam wzrok, wciąż kręcąc głową. – Nie możesz po prostu zrezygnować po tym, co ja dla ciebie robię! – wydusił podniesionym głosem, a ja zamknęłam oczy, by nie widzieć jego twarzy, ani jego całego. Nie mogłam dać się zastraszyć. Musiałam walczyć. Musiałam.
- Nie możesz być aż takim szaleńcem, by myśleć, że zabijanie ludzi sprawi, że będę twoja. – wyszeptałam i zacisnęłam wargi, nie potrafiąc opanować dreszczy. Czułam, że byłam blada z przerażenia, a jego palce wpiły się w moje dłonie, aż syknęłam z bólu. On jednak nic sobie z tego nie robił, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam zacząć krzyczeć, by matka zadzwoniła na policję. Jak miałam z tego wybrnąć? Jeśli wplątałabym w to władze, wydałoby się, że byłam kupiona, a nie chciałam usadzić bliźniaków, bo zapewne obaj by znaleźli się w więzieniu, a na pewno Bill. Musiałam to zrobić inaczej. Tylko jak?...
- Nie mówisz poważnie. Myślałem, że mi wybaczyłaś. – usłyszałam jego chłodny ton i znieruchomiałam. To było tak absurdalne, że ledwo w to wierzyłam. Jak ja mogłam znaleźć się w tak popieprzonej sytuacji?!
- Harry, jak można komuś wybaczyć morderstwa, do cholery? – otworzyłam oczy i spojrzałam z determinacją, która wydała mi się równie surrealistyczna co ten moment, na chłopaka, który nie chciał mnie puścić, a moje dłonie bolały coraz bardziej.  Patrzył na mnie z przymrużonymi oczyma, jakby zaczynał się na mnie wściekać, a ja nie mogłam się wyrwać, bo palce na moich rękach zostawiały czerwone ślady. Stanowczość. Musiałam go stanowczo odrzucić, by zrezygnował. I jakimś cudem nie dać sobie zrobić krzywdy.
- Ja tobie wybaczyłbym wszystkie błędy. Wybaczyłem ci Kaulitza. – odpowiedział gorzko, a ja poczułam, że moje policzki zaczynają się rumienić. To było niczym cholernie błędne koło. I on zwalił winę na mnie. Jakbym ja była winna temu, że on musiał takie rzeczy robić. Jakby... Zacisnęłam z powrotem powieki, czując, że zbierają się pod nimi gorące łzy. – Wybaczyłem ci, że poszłaś z nim do łóżka, że mnie zdradziłaś. Wybaczyłem ci, bo chcę, żebyśmy byli szczęśliwi. Dlaczego ty nie umiesz zrobić tego samego?
Każde jedno słowo wbijało mi sztylet między żebra. Z lewej i prawej strony. Od góry i od dołu. Szmata. Byłam szmatą i on mi to właśnie wypominał.
- Harry, ja nie dam rady. – powiedziałam płaczliwie i łzy spłynęły po moich policzkach. – Nie chcę, żebyś mi to wybaczał i ja nie wybaczę tobie, to nie ma szans...
- Nie! – zaoponował, przyciągając mnie za ręce tak, że zderzyłam się z jego klatką piersiową, aż zachłysnęłam się powietrzem. – Nie mów takich rzeczy, nie po to cię od niego uwalniałem!
- Kiedy ja wcale tego nie chciałam! – wykrzyczałam i otworzyłam szeroko oczy, gdy tylko zdałam sobie sprawę z tego, co powiedziałam. – Kurwa, to... – pisnęłam, gdy nagle puścił moje dłonie i złapał mnie za ramiona, by przycisnąć mnie do framugi drzwi, aż wydałam z siebie okrzyk bólu, gdy moje plecy zderzyły się z drewnem.
- Więc cała twoja miłość do mnie była tylko jednym wielkim kłamstwem i przy pierwszej lepszej okazji wpakowałaś się jakiemuś fiutowi do łóżka, by cię wyruchał, tak? – wycedził, a gdy ja spróbowałam się wyrwać, on docisnął mnie swoim ciałem, aż odebrał mi na chwilę dech. – Odpowiedz! – ryknął mi prosto w twarz. Z moich ust wyrwał się szloch i, gdy potrząsnęłam głową, odmawiając współpracy, on nagle tak po prostu strzelił dłonią w mój policzek, aż moja głowa samoczynnie odbiła się w drugą stronę i ból rozgorzał ogniem. – Odpowiedz! – powtórzył, nic nie robiąc sobie z tego, że całkowicie zalałam się łzami.
- Harry, puść mnie!... – załkałam, nie panując już kompletnie nad strachem, który objął mnie całą. Drżałam z przerażenia, a moje ciało co chwilę dygotało od płaczu i nie mogłam przestać.
- Nie, do kurwy nędzy! Nie możesz tak po prostu się wymigać od odpowiedzialności za to, co mi zrobiłaś!
- Ja nic ci nie zrobiłam! Nie kazałam ci dla mnie zabijać! Nie kazałam...! Puść mnie!...
- Powinienem odebrać, co moje. – oznajmił mi niespodziewanie niskim i lodowatym głosem, a ja znieruchomiałam i poderwałam głowę, by na niego spojrzeć. Wpatrywał się we mnie tym przerażającym spojrzeniem i zakwiliłam cicho, znów potrząsając głową.
- Harry, nie, nie chcesz tego robić, nie...
- Nigdy mnie nie kochałaś, prawda? – wydyszał, pochylając się nade mną. Jego usta powiodły po moich, i poczułam, że uśmiecha się sardonicznie. – Tyle czasu mąciłaś mi w głowie, dawałaś mi sygnały, próbowałaś mnie skusić, a teraz nie próbujesz się nawet wyprzeć, że lubisz się pieprzyć z Kaulitzem. Wszystkie te lata, wszystkie... – językiem przeniósł się na mój pulsujący z bólu policzek, zlizując spływające łzy. – Byłem twoim najlepszym przyjacielem i kimś, na kim ci niby zależało i wystarczyło, by ktoś się pojawił, by mi cię odebrał na pstryknięcie palców. Myślisz, że nie wiedziałem, co robię? Jesteś za łatwa. Nikt nie potrafi cię utrzymać, bo chcesz wszystkich. Jesteś pierwszorzędną szmatą, Lena. A ja wciąż cię kurewsko kocham. Wciąż... – nie mogłam tego słuchać. Nie zgadzałam się. To był tylko Bill. Tylko on działał na mnie w taki sposób. Nie skakałam na boki. Nigdy wcześniej. Jak mógł mi mówić takie rzeczy? Jak?...
- Nieprawda. Nieprawda, Harry, ty...
- On cię wyrzucił, mała dziwko. Przyjęłaś mnie z otwartymi rękoma, a teraz nie chcesz mi dać tego, na co sobie zasłużyłem za to upokorzenie. Nie wiesz nawet, co ja przez ciebie przeszedłem. A potem dowiedziałem się, że gdy ja wyrywałem sobie włosy z nerwów, gdy wychodziłem z siebie, by cię znaleźć, ty pierdoliłaś się z nim na wszystkie możliwe sposoby. Bo tak było, prawda? Było ci z nim dobrze, co?
- Przestań, nie chcesz tego...
- Oczywiście, że chcę to usłyszeć. Chcę usłyszeć, że przyznajesz się do tego, jaką dziwką jesteś. No dalej. Dalej, powiedz mi. – podjudzał mnie, a ja zupełnie nie rozumiałam, do czego on zmierzał. A moje usta poruszały się zupełnie bez mojej wiedzy. Byłam tak sparaliżowana strachem, że robiłam dokładnie to, co on chciał.
- Tak. – odparłam, pociągając nosem. – Tak, było mi z nim dobrze. Fenomenalnie dobrze. I tak, nie kochałam cię. I tak, jestem szmatą. I tak, kocham jego. A teraz możesz zrobić ze mną co zechcesz, bo ty wcale mnie nie kochasz, a po prostu chcesz mnie mieć na wyłączność. – spojrzałam na niego beznamiętnie, podczas gdy jego twarz zaczerwieniła się w furii, za którą za chwilę prawdopodobnie oberwę. – Gdybyś mnie kochał, zrobiłbyś coś wcześniej, gdybyś mnie kochał, chciałbyś mojego szczęścia, nieważne, jak kurewsko by to bolało. Masz obsesję i jesteś chory, Harry.
- Nie! – znowu docisnął mnie do framugi, ale mi już było wszystko jedno. – Nie masz prawa mnie tak traktować, nie masz!
- Gdybyś mnie kochał, nie uderzyłbyś mnie. – dodałam, a on nagle oderwał się ode mnie, dysząc ciężko. Nie rozumiałam, o co chodziło. To tak, jakby za wszelką cenę chciał mi pokazać, że jego uczucia były prawdziwe. – Gdybyś mnie kochał, nie chciałbyś zabić osoby, którą ja kocham. Gdybyś mnie kochał, nie chciałbyś mnie zgwałcić. Gdybyś mnie kochał, zauważyłbyś, w jakim jestem stanie po powrocie tutaj! Nie jestem tylko porcelanową lalką, którą można się bawić, bo mam swoje własne uczucia! – uniosłam się, rozcierając obolały policzek. Harry patrzył na mnie wielkimi oczyma, jakby nagle coś do niego dotarło. Ale ja miałam wszystko gdzieś. – Więc zabij mnie, albo nie zbliżaj się do mnie nigdy więcej, rozumiesz?! Rozumiesz?! – nie przejmowałam się tym, że moja matka na dole mogła wszystko usłyszeć. Ale właśnie wtedy do mnie dotarło, że gdyby miał mnie teraz zamordować, musiałby zrobić to także z matką, by nie było świadków. I musiałby zatuszować ślady, których było zbyt dużo. Miałam go w garści.
- Lena, ja... – zaczął drżącym głosem, ale ja już zdecydowałam i nie miałam zamiaru wracać do tematu. Nie miałam zamiaru mu się poddawać. Nigdy więcej.
- Nigdy mnie nie kochałeś! Tak naprawdę to cieszę się, że Bill mnie kupił, bo dzięki niemu wreszcie otworzyłam oczy i nie chcę cię więcej widzieć! – schyliłam się, by podnieść jego koszulkę i rzuciłam wcisnęłam ją w jego ręce, które drżały jeszcze bardziej, niż moje. – Nie chcę cię tu! Nie chcę cię w moim życiu! Jak po tym wszystkim możesz zwalać winę na mnie?! Wynoś się! – wskazałam palcem na wyjście i starłam zamaszyście łzy z twarzy. – Wynoś się! – wrzasnęłam piskliwie, a Harry drgnął gwałtownie. – Wynoś się! Niewinne osoby musiały ucierpieć przez twoje obsesję! Ja cierpię przez twoją obsesję! I jeśli w jakkolwiek sposób cię interesuję, trzymaj się ode mnie z daleka do swojej pieprzonej, zasranej śmierci, Styles! Nienawidzę cię!
I pierwszy raz zrozumiałam, jak to było, gdy żywiło się do kogoś tak negatywne i męczące uczucie. I pierwszy raz poczułam jego smak. Choć na chwilę.
- Przepraszam... – wyszeptał, przez co ledwo go zrozumiałam. Ale to już mnie nie obchodziło. Nic mnie nie obchodziło prócz osoby, która była ponad dwieście mil stąd i miała czelność mnie nie chcieć i wysyłać mi czekoladki.
- Mam to gdzieś. – wycedziłam i Styles w końcu zrobił krok w stronę wyjścia. Stanął w progu łazienki, gdzie ja stałam i spojrzał na mnie z bólem. Dopiero wtedy zobaczyłam, że z jego oczu spływały łzy. Łzy. Harry Styles płakał przeze mnie, jakbym zrobiła mu większą krzywdę, niż on mi. Rozmasowywałam sobie nadgarstki, czując ogarniające mnie nagle zmęczenie. Tak to się miało skończyć? Wieloletnia przyjaźń, pierwszy chłopak, do którego poczułam coś więcej, niż zauroczenie, ale mniej, niż prawdziwa miłość. Wciąż mi na nim zależało, ale jak na osobie, która była mi bliska. Zawsze był obok, ale zupełnie z innych pobudek, niż myślałam. Nie powinno mi być nawet przykro, że tak go potraktowałam, biorąc pod uwagę te wszystkie kłamstwa. I to, że kilkukrotnie mnie dzisiaj obraził. To nie ja zabijałam. Ja nie byłabym w stanie odebrać Emilie życia za to, że Bill kochał ją, nie mnie. Choć to bolało. – Louis i reszta ci pomogą z tego wyjść. – mruknęłam tylko, odwracając od niego wzrok. Nie mogłam tego znieść. Nienawidziłam krzywdzić innych, a on sprawił, że jakaś część mnie zaczęła go nienawidzić. Chciałam, by to się skończyło raz na zawsze.
Harry uniósł rękę i automatycznie odsunęłam głowę, myśląc, że znowu będzie chciał mnie uderzyć, ale on tylko pogłaskał mój policzek, uśmiechając się słabo.
- Nie wierzę, że uda mi się bez ciebie żyć, Lena, ale najwyraźniej tobie będzie się lepiej żyło beze mnie. – powiedział i zniknęło ciepło jego dłoni i ciepło jego ciała. Harry Styles opuścił pokój. A potem opuścił dom. A potem opuścił mnie całkowicie. Nie wiem, jak długo stałam, gapiąc się tępo na drzwi, które się za nim zamknęły. I nie wiem, jak długo siedziałam na zimnych kafelkach, rozpaczając nad tym, że utraciłam go bezpowrotnie.

Czasami było tak, że robiło się rzeczy, które były poprawne, a im więcej czasu mijało, tym bardziej bardziej zaczynało się żałować swojego postępowania. Na początku uznawało się to za coś właściwego, a potem nagle wszystko było źle. Z każdym dniem czułam się coraz gorzej i wszystkie niemiłe wspomnienia zacierały się, tworząc paskudną mozaikę czegoś, z czego można było wywnioskować tylko to, jak obrzydliwie się zachowałam. Nie było nikogo, kto by mi przyznał rację, lub suszył głowę, więc zaczęło mi się zdawać, że postąpiłam jak szmata, wyrzucając ze swojego życia Harry’ego. Katarina widziała się ze mną kilka godzin dziennie, podczas których udawałam, że wszystko było w porządku, ale nie było. Wiedziałam, że zareagowałam na Stylesa tak gwałtownie, bo miałam okres i wiedziałam, że może przez niego coś wyolbrzymiłam. Znowu czułam potrzebę przebywania poza domem, bo łazienka i pokój przypominały mi o moim uczynku. Wszystko spieprzyłam. Zostało mi tylko złudne poczucie posiadania Katariny jako przyjaciółki. Nic więcej. W żalu zjadłam całe pudełko czekoladek, następnego dnia wszystkie muffinki. I tak schudłam, więc nie widziałam powodu, by się hamować. Gdy okres w końcu mi się skończył, postanowiłam spróbować się w jakikolwiek sposób ogarnąć, bo nie mogłam już na siebie patrzeć. Znalazłam w internecie kosmetyczkę, która zajmowała się mną w domu Kaulitzów. Specjalnie dla niej straciłam kilka godzin drogi, by dotrzeć do Venice, przy czym dowiedziałam się, że odchodzi za niecały miesiąc na urlop macierzyński i zrobiło mi się jeszcze gorzej na myśl, że każdy był szczęśliwy, tylko ja nie. Potem odwiedziłam ponoć jedną z najlepszych fryzjerek i podcięłam włosy, robiąc ombre. Musiałam być stuknięta, ale po tym wszystkim poczułam się jakoś lżej i lepiej. To nie było tak, że nagle byłam kimś innym z wyglądu. Raczej tak, jakbym porzuciła starą siebie, by rozpocząć nowy rozdział. Musiałam zacząć żyć i to już nie było ważne, czy pieprzone czekoladki i muffinki miały jakąś zakamuflowaną wiadomość dla mnie, nieważne było to, że tęskniłam za Tomem. Jeszcze niecałe dwa miesiące i powrócę na studia i poświęcę się temu, co jeszcze nigdy mnie nie zawiodło i zawsze przynosiło mi ulgę w odrywaniu się od rzeczywistości – sztuce. Byłam zbyt zmęczona tym wszystkim i już nadszedł czas, by pokonać swoją słabą stronę osobowości. Wątpiłam, by kiedykolwiek udało mi się przestać czuć do Billa to, co czułam, ale mogłam spróbować to uczynić czymś swoim. Czymś, co byłoby częścią mnie; częścią, która by nie dominowała, ale była czymś stałym. To mogło wywoływać uśmiech na mojej twarzy. Mogło sprawić, że stanę się lepszym człowiekiem chociażby dla samej siebie, bo w końcu zrobiłam wszystko, co mogłam, by uleczyć Billa, osobę, która była tak zapadnięta w bagnie, że było widać tylko palce. Może Emilie się zmieniła tak samo jak on i teraz pasowali do siebie jak ulał? Może taka była moja rola – pomoc i odejście w cień? Może teraz, gdy znowu zaczął pisać teksty, reaktywuje swój zespół i wróci na swoje miejsce, na scenę wśród świateł reflektorów? Miałby wszystko – brata, ukochaną i muzykę. Może nie byłam warta Billa, ale kogoś innego z pewnością, prawda? Może uda mi się znaleźć kogoś, kto nie wyzwoli we mnie aż tak dużo uczuć, ale może chociaż połowę z nich?
Z tymi myślami wzięłam się za porządkowanie swojego życia. Przebrałam się w czarną bokserkę i szare dresy, spięłam włosy w kitkę na czubku głowy i najpierw postanowiłam wyrzucić puste opakowania po słodyczach, których żal mi było się pozbyć z jakiejś głupiej ckliwości. Opróżniłam walizkę i schowałam ją na strych, by nie przypominała mi o niepotrzebnych rzeczach. Ustanowiłam sobie wysoką poprzeczkę, bo nie chciałam wymazać przeszłości i wspomnień z nią związanych, lecz po prostu nauczyć się z nimi żyć. Miałam zbyt wiele do zaoferowania, by tak po prostu legnąć w gruzach. Przeszłam więcej, niż przeciętny człowiek, więc byłam silniejsza, niż obecne niepowodzenie.
Na szczęście dla mnie matka pojechała na zakupy, a ojciec do pracy, więc nikt nie miał jak się przyczepić do tego, co robiłam, a nagle napadło mnie, by posprzątać każdy kąt domu, by oczyścić go z niepotrzebnych rzeczy. Spaliłam umowę, którą znalazłam w salonie. Spaliłam wszystkie zdjęcia, nawet na nie nie patrząc. Wiedziałam, że być może były tam jakieś informacje na temat tego, co takiego ukrywali moi rodzice, że musieli się zgodzić na sprzedaż, ale nie chciałam wiedzieć więcej. W momencie, gdy dowiedziałam się, co takiego uczynił Harry, doszłam do wniosku, że zbyt duża wiedza czasami boli bardziej, niż jakakolwiek tajemnica. Nie chciałam psuć tego, co było kruche i zdecydowanie zbyt delikatne, by narzucać na to zbyt wiele ciężaru. Wiedziałam, że w każdym momencie mogłam się nagle załamać i znów wrócić do punktu wyjścia.
Myłam właśnie naczynia, zastanawiając się, dlaczego nie wzięłam swojego iPoda i nie zamknęłam się w świecie muzyki, gdy w domu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Zmarszczyłam czoło, patrząc na zegarek ścienny w kuchni, gdzie aktualnie się znajdowałam i zmarszczyłam czoło. Było po jedenastej, kto był na tyle upośledzony, by mi przeszkadzać w sprzątaniu? Pewnie jakiś gość od ojca, oni zawsze mieli wyczucie czasu. Albo jeden współpracownik, który był tak głupi, że czasami nie rozumiałam, jakim cudem mógł obracać się w takiej korporacji. Zbyt często się u nas pojawiał, bo wydawało mu się, że mógł ojca zastać w domu, kiedy prawdopodobnie kilkanaście razy minął się z nim w firmie. Totalny bezsens. No i koniec końców to nie mogła być Katarina, bo wczoraj mówiła, że będzie nocować u Toma. Westchnęłam, przewracając oczami i wytarłam mokre dłonie w ręcznik, przyklejając do ust uśmiech, którym witałam potencjalnych gości. Niepokojąca myśl przemknęła mi przez głowę i na chwilę zwątpiłam, by zareagować na dzwonek. A co, jeśli to Harry? Odetchnęłam powoli. Nic nie szkodzi, przecież mogłam spojrzeć przez okno w drzwiach, nie musiałam od razu nikogo wpuszczać. Wygładziłam dresy, choć było to raczej odruchem bezwarunkowym, niż w jakikolwiek sposób konieczny i dziarsko ruszyłam do przedpokoju, by skonfrontować się z przybyłym gościem. Zmrużyłam oczy, próbując rozszyfrować osobę stojącą przed drzwiami, ale z daleka nie byłam w stanie ją rozpoznać. Dopiero dwa kroki przed drzwiami moje oczy rozwarły się, a serce podeszło mi do gardła, dudniąc boleśnie. Nie mogłam się mylić. Wiedziałam, że nie mogłam się mylić, choć połowa twarzy była zakryta ray-banami. Zachłysnęłam się powietrzem, natychmiast powstrzymując się od przekręcenia gałki. Stałam jak wryta, choć doskonale zdawałam sobie sprawę, że mnie zobaczył i na mnie patrzył. Poczułam, że robi mi się gorąco i niedobrze od nadmiaru emocji i szalejących motylków w brzuchu. Co on tu robił? Co on tu, do kurwy nędzy, robił po takim czasie?!...
Wiedziałam, że nie powinnam mu była otwierać, ale nie mogłam tego nie zrobić. Chciałam go zobaczyć. Może chciał zrobić żart, może chciał mi wręczyć zaproszenie na ślub, wszystko jedno. Chciałam zobaczyć, w co był ubrany i czy pachniał tak samo jak zawsze. Chciałam usłyszeć jego głos i gdy dotarło do mnie, jak cholernie za nim tęskniłam, nie ogarnęłam, że moja dłoń samoczynnie przekręciła gałkę i pociągnęła za nią, aż buchnęło we mnie ciepłe powietrze i te absolutnie fenomenalne męskie perfumy, których używał nie kto inny jak Bill Kaulitz, z którym właśnie stanęłam twarzą w twarz.

piątek, 10 stycznia 2014

Chapter XXXIII



You don’t want me, no
You don’t need me
Like I want you, oh
Like I need you

And I want you in my life
And I need you in my life*

To musiał być koniec, prawda? Ten definitywny. Jeśli wydawało mi się, że może kiedyś coś się zmieni, że może Bill weźmie mnie z powrotem tylko dla seksu, teraz wiedziałam, że to były tylko czcze nadzieje. Teraz wróciła Emilie, którą kochał bardziej, niż samego siebie, niż brata, niż kogokolwiek i cokolwiek. Co znaczyła kobieta, z którą dopasowywał się w łóżku przy kobiecie, którą kochał? Nic. Odechciało mi się wszystkiego. Katarina przychodziła, ale nie mówiłam jej nic, a ona ani słowem nie wspomniała o tym, że widziała jakąś obcą osobę w ich domu. Ja natomiast, żeby dobić się jeszcze bardziej, postanowiłam skorzystać z internetu, by ją znaleźć. I znalazłam. Pieprzona Emilie była słodką blondynką o niebieskich oczach, pieprzonym przeciwieństwem mnie, jakbym specjalnie była wybrana tak, bym nie przypominała tej szmaty. I była piękna, naprawdę była. Wcale nie wyglądała na kogoś, kto mógłby skrzywdzić kogoś tak cholernie, jak to zrobiła. W większości przypadków jej włosy były ułożone w duże loki, które spływały kaskadą na jej opalone plecy. Boże, nawet jej skóra zdawała się lśnić pięknem. Nie byłam brzydka, ale patrząc na nią, nie mogłam nie myśleć o tym, że czegoś musiało mi brakować, skoro Bill mnie wyrzucił. Za małe piersi? Za mały tyłek? Jej ciało było bardziej kształtne. Jej usta perfekcyjnie wykrojone, oczy duże, twarz delikatna w kształcie serca. Z hukiem zatrzasnęłam laptopa, chowając głowę między kolanami. I jakbym miała za mało problemów, Harry nie odpuszczał. W kółko mnie nawiedzał, a ja robiłam rzeczy, których w ogóle nie chciałam robić. I byłam tak cholernie samotna i wiedziałam, że nie mogłam się wyprowadzić, bo chociaż w domu byłam bezpieczniejsza, niż poza nim. Jedyne, co mnie ciągnęło do świata zewnętrznego, to zakupy. Nie dbałam o siebie. Nic ze sobą nie robiłam. Po prostu dni mijały. Doba za dobą, a wokół nie było niczego, co by mnie przywróciło do stanu sprzed tego wszystkiego, co się stało. I to się nie kończyło. Wciąż i wciąż to samo. Wciąż tęskniłam i wciąż bolało. A potem przychodził Harry i nie wiedziałam, co się ze mną działo. Dawał mi sztuczne poczucie ciepła, ale samotność nie znikała, a po jego wyjściu czułam się jak szmata. Dlaczego pozwalałam mu na dotyk, kiedy go wcale nie chciałam? Rozsądek mi podpowiadał, że po prostu próbowałam wyplewić z siebie uczucie do Billa, ale to wcale nie działało. Tak naprawdę to powinnam do niego pojechać i mu powiedzieć, co myślałam o tym, jak mnie potraktował, ale gdy wyobrażałam sobie, że gdzieś tam mogła się podziewać jego była, która i być może nie była już jego byłą, a obecną dziewczyną, mdłości podchodziły mi do gardła. Jak miałam mu cokolwiek powiedzieć, kiedy ona wróciła? Jak mogłam się otworzyć przed nim drugi raz w takiej sytuacji? I czy to w ogóle by cokolwiek zmieniło?...
Kurwa, ja nie umiałam przestać czuć. No, do cholery, taka opcja w ogóle nie istniała, więc po ja próbowałam? Zmuszałam się do rzeczy, które mnie brzydziły, by zapomnieć, a przez to, że całowałam Harry’ego, dobitnie sobie przypominałam, jak drżały mi nogi, gdy całował mnie Bill. Porównywałam każdą rzecz, każdą wypukłość mięśni... Mogłam wymieniać bez końca. Zarost, czy raczej jego brak, miękkość skóry, włosy, usta, oczy, nos, uszy, klatka piersiowa, ramiona, szyja, którą tak uwielbiałam u Billa, barki, obojczyki... Gubiłam się, gdy nikt mi nie wskazywał drogi, którą powinnam podążać. Gubiłam się, gdy nikt mnie nie ciągnął za rękę. Byłam jak cholerny Jack Dawson, który zamarzł w wodzie i opadł na samo dno. Wiedziałam, że dostanę rykoszetem, gdy spróbuję uratować Billa, ale nie miałam pojęcia, że cena będzie tak wysoka. I teraz dotykał mnie ktoś, kto miał wielki wkład w odsunięcie mnie od kogoś, wokół kogo kręcił się mój świat. Oddawałam siebie komuś, kto był zły. Nie mówiłam „nie”. Nie robiłam nic i ciągle przetwarzałam swoje życie w głowie, jakby to cokolwiek zmieniało. Nic się nie zmieniało. Stałam w miejscu. Nie, nawet to nie było to. Ja się cofałam, kiedy za mną były gorsze rzeczy, niż przede mną. Powinnam ruszyć naprzód. Tylko nie wiedziałam jak. Byłam szurnięta. Byłam pierdolnięta i żałosna. I toczyłam się ku autodestrukcji.

Nie pomagało nawet to, że siedziałam teraz w restauracji the Poseidon w Del Mar z Katariną i wpieprzałam ogon homara z ziemniaczkami na słodko. Miałam okres i tak wielką chcicę na owoce morza, że zrezygnowałam na chwilę z bezczynnego siedzenia w domu. Z racji tego, że wyglądałam tragicznie, byłam ubrana w szeroką czarną koszulkę, która zakrywała mnie prawie całą i jeansy, choć było tak cholernie gorąco, że się w tym topiłam. Raz byłam tu z rodzicami i pamiętałam, że mieli dobre jedzenie, więc nawet się poświęciłam i przejechałam prawie trzydzieści mil, by tu coś zjeść. Kat – w przeciwieństwie do mojej tragicznej osoby – wyglądała olśniewająco. Miała na sobie beżową prostą sukienkę na szerokich ramiączkach z dekoltem w łódkę, szpilki nude, które dostała ode mnie na urodziny, rozprostowane włosy, delikatny makijaż i miałam ochotę rozdrapać jej oczy. Już na pierwszy rzut oka było widać, że przepełniało ją szczęście. I że mnie przepełnia gorycz i zrezygnowanie. O tyle dobrze, że nie jechałyśmy tutaj razem. Gorzej, że ja na nią czekałam, a gdy ją tylko zobaczyłam, chciałam wstać i uciec. Jej cała postawa mówiła, że będziemy głównie krążyć wokół Toma. Pękało mi serce. Pięćdziesiąty czwarty raz.
Więc siedziałam i jadłam niemrawo homara, na którego normalnie byłoby żal wydać tyle pieniędzy, a co było mi teraz cholernie obojętne przez fortunę Kaulitza i próbowałam unikać osoby, która siedziała naprzeciw mnie i z zadowoleniem delektowała się makaronem z serem i owocami morza. Co ja tu robiłam?...
- Wydajesz się być szczęśliwa. – mruknęłam w końcu, zastanawiając się, czy bardzo było widać, że przez kilka dni nie myłam głowy. Jej włosy za to dosłownie lśniły. Jak Emilie na zdjęciach. Ugh.
Katarina uśmiechnęła się do mnie szeroko i nawet nie musiała odpowiadać. Po co pytałam?
- Wydaje mi się, że ja i Tom to chyba coś poważnego. – rzuciła i w jej głosie usłyszałam tyle emocji, że coś przekoziołkowało mi boleśnie w żołądku. Odechciało mi się jeść jak na pstryknięcie palców. Ona i Tom to coś poważnego? A chciała mnie stamtąd zabrać i uważała obu za chorych psychicznie ludzi. Szybko zmieniła zdanie. – Wiem, że nie powinnam ci o tym mówić w tej sytuacji, ale...
- Rozumiem. – wzruszyłam ramionami, babrając widelcem w ziemniakach. – W końcu jesteś moją przyjaciółką i powinnam się cieszyć twoim szczęściem. – cóż. Nie cieszyłam się. – Cieszę się. – skłamałam gładko i obdarzyłam ją zmarnowanym uśmiechem, walcząc z bólem, który odbierał mi oddech. Kręciło mi się w głowie i nagle do mnie dotarło, że, gdy wróciłam do swojego życia, dopiero teraz poczułam, jak to było, gdy traciło się absolutnie wszystko. A czuło się to dokładnie wtedy, kiedy było się pośród swoich ludzi i miało się świadomość, że tak naprawdę już się do nich nie pasowało i nie potrafiło się nawiązać z nimi nici porozumienia. Nie miałam ani rodziców, ani Kat. Ani Billa w szczególności. Tylko bagno, w które wpadłam. Harry’ego.
- Och, Lena, ja... – potrząsnęła głową i odgarnęła swoje włosy na plecy. Spojrzała na mnie ze współczuciem, którego nie chciałam. – Gdybym tylko mogła cokolwiek zmienić, natychmiast bym to zrobiła, ale on... – odłożyła sztućce na talerz i odetchnęła. – Lena, ja wciąż się z nim kłócę, a do niego nic nie dociera. To jest cholernie skomplikowane i nie wiem...
- Nie rozmawiajmy o nim. Opowiedz mi o Tomie. – przerwałam jej, mając męczące poczucie, że zaraz się uduszę. Czemu to nie chciało się skończyć, do cholery jasnej?
Katarina widocznie się zrelaksowała, a mi przez głowę przemknęło, że to takie bezsensowne, że poruszała temat, który był dla niej niewygodny. Nie rozumiałam, po co się tłumaczyła, skoro przecież nikt nie potrafił dotrzeć do Kaulitza. Ja nie umiałam, a tym bardziej Tom. Nie wierzyłam, że mogła sądzić, że uda jej się cokolwiek wskórać. Z resztą... co to niby takiego miało być? Przecież nie zmusiłaby go, by do mnie wrócił, choć nigdy nie byliśmy razem, skoro nie chciał. No i skoro miał Emilie, o której Kat nie wspominała ani słowem. Jakby jej tam nigdy nie było.
- Schudłaś. – zauważyła, a ja posłałam jej sceptyczne spojrzenie. Przecież się widywałyśmy. No i miałam na sobie szeroką koszulkę, która zasłaniała praktycznie całe moje ciało. Całkowicie nielogiczne. Czemu wyskoczyła z tym tak nagle? – Nie chciałam mówić tego wcześniej, ale, Lena, zaczynam się o ciebie naprawdę martwić. – zagryzła wargę, patrząc na mnie ze zmarszczonym czołem. – Nie chciałabyś się do mnie przeprowadzić?
Więc chciała mnie mieć blisko?
- Po co? Nie jestem małym dzieckiem. – burknęłam, choć doskonale wiedziałam, że właśnie tego było mi potrzeba. Osoby, która mogłaby mnie prowadzić dokładnie jak małe dziecko. Byłam godna pożałowania. I wzbudzałam w niej litość, czyż nie?
- Doskonale wiesz, że nie o to mi chodzi. Po prostu... – zamknęła na chwilę oczy i westchnęła. Chciałam wrócić do domu. Zaszyć się pod kołdrą i zniknąć. Może powinnam wstąpić do księgarni, zanim tam wrócę? Mogłabym kupić jakąś książkę i zaśmiecić sobie głowę niepotrzebnymi historyjkami, które nie poprawią mi humoru, ale pozwolą przetrwać kolejne dni z dala od rzeczywistości. To w sumie nie był taki głupi pomysł. – Nie... Nie było mi łatwo po rozstaniu z Louisem. – odezwała się nagle, wyrywając mnie z zamyśleń. Miałam ochotę przewrócić oczami, sama nie wiedziałam czemu. Myślałam, że to był już zamknięty temat. – I tak naprawdę jedyne, co mi pomogło to jakoś przetrwać, to towarzystwo innych ludzi. Ty. – uśmiechnęła się słabo i otworzyła oczy, patrząc na mnie łagodnie. – Chcę ci pomóc. Jakoś. Zdajesz się być w jeszcze większej rozsypce, niż ja... – „większej rozsypce”? Chciałam się roześmiać na to stwierdzenie, bo przecież ona nie miała zielonego pojęcia. O niczym. A szczególnie o tym, co ja ze sobą robiłam. A dokładniej to o tym, że Harry wrócił do mojego życia. I dotarło do mnie, że nie mówiłam jej o tym dlatego, że ja naprawdę chciałam doprowadzić się do autodestrukcji. Byłam jak narkoman. I moim nałogiem było niszczenie samej siebie. Odrzucanie jakiejkolwiek pomocy. – A ty mnie odpychasz.
Skinęłam głową, uśmiechając się ponuro. Oczywiście, że ją odpychałam. Moje wnętrzności mi mówiły, że nie było innego wyjścia, choć wiedziałam podświadomie, że owszem, było i to jakie.
Wzruszyłam ramionami, powracając do obiadu, choć w ogóle nie miałam ochoty się nad nim pastwić. Wciąż chciałam wrócić do domu i przestać się martwić tym, że nie pasowałam.
- I byłabym zapomniała, Tom kazał ci przekazać, że mówi „cześć”. – dodała nagle, a moja głowa poderwała się w trybie natychmiastowym i poczułam, że zrobiło mi się ciepło gdzieś w okolicy serca. Boże, Tom... Tak cholernie za nim tęskniłam... – Może mogłabym go jakoś zmusić, by tutaj przyjechał i byście się zobaczyli. – mówiła dalej, a ja nie mogłam uwierzyć własnym uszom, że mogłaby to zrobić. Przecież oni się w ogóle nie ruszali z domu, tym bardziej, że Santa Monica nie była o rzut kamieniem od San Diego. Ale... Ale jeśli on się pojawi... On nie mógłby mnie zobaczyć w takim stanie. Przecież ja wyglądałam jak chodząca tragedia. I jeszcze miałam na dodatek okres.
- Nie wiem, czy to... Znaczy... – odchrząknęłam, próbując opanować nagle rozszalałe emocje. Niech mnie szlag trafi, ja naprawdę chciałam go zobaczyć i się do niego przytulić. On był kimś dobrym. Tak kurewsko dobrym, że chciałam chociaż na chwilę zasmakować tej dobroci. – Kurwa, tęsknię za nim. – wyrzuciłam, przecierając dłonią twarz i zamknęłam oczy, nie wierząc, że znowu zbierało mi się na płacz. Co już myślałam, że to się więcej nie powtórzy, ciągle się powtarzało.
- Cóż, mogę przysiąc, że on też za tobą tęskni, bo za każdym razem, gdy się widzimy, zawsze chce wiedzieć, co u ciebie słychać. – powiedziała Kat, upijając łyk wody ze szklanki. – Po prostu sytuacja jest popierdolona, więc nie do końca chciał się wtrącać.
Co było zabawne? To, że ona go teraz znała lepiej, niż ja.
- Taa...
Musiałam coś ze sobą zrobić. Musiałam jakimś cudem zacząć żyć normalnie. Nie ja pierwsza zostałam wyrzucona na bruk i nie ostatnia. Czym różniłam się od tych osób, które były tak potraktowane? Ja jeszcze istniałam na tym globie i mogłam coś uczynić. Cokolwiek. Chociaż Kat miała dobrze, może ja nie musiałam być szczęśliwa. Powinnam ją wspierać, a nie zazdrościć. Powinnam ruszyć dalej, zostawić wszelkie niepowodzenia za swoimi plecami, unieść podbródek i udać, że wszystko było okej. Udawać tak długo, aż sama w to uwierzę.
Powinnam.

Zrzuciłam w przedpokoju trampki, oddychając głęboko, gdy w końcu zniknęłam spod oddziaływania słońca na moją za bardzo rozgrzaną skórę i przywitałam z ulgą klimatyzację, która natychmiast mnie zrelaksowała. Nawet droga z samochodu do domu była niewygodna. Było chyba ponad sto stopni w cieniu. Niby byłam do tego przyzwyczajona, ale podczas okresu nic nie było normalne i takie, co byłoby łatwo przystosowalne dla organizmu. Rzuciłam kluczyki od Hondy na szafkę stojącą po lewej stronie i z reklamówką pełną książek ruszyłam w stronę schodów na piętro, gdzie zamierzałam się ukryć. Nawet nie kwapiłam się, by przywitać swoich rodziców, z którymi od ostatniej kłótni w ogóle przestałam się odzywać. Oni chyba już stracili nadzieję, że cokolwiek się zmieni, więc nawet lepiej dla mnie. Dom był oazą ciszy, pomijając włączony telewizor w salonie i matkę krzątającą się w kuchni. Ojciec pewnie znowu w pracy, czy cholera wie gdzie. Nawet nie wiedziałam, czy w ogóle zostałam zauważona. Po prostu przemknęłam przez parter jak cień i wspięłam się na górę, od razu zaczynając rozważać, którą książkę rozpocznę jako pierwszą. Miałam siedem do wyboru. Zagryzłam wargę w zamyśleniu i nacisnęłam klamkę, by wejść do pokoju i w tym samym momencie w oczy rzuciło mi się pudełko stojące na moim biurku. Zamrugałam oczami i reklamówka prawie wypadła mi z dłoni, gdy natychmiast ruszyłam, by sprawdzić, co to było, zatrzaskując nogą drzwi za sobą. Przełknęłam ślinę, czując wewnętrzną ekscytację na myśl, że przecież nie było zbyt wiele osób, które mogłyby mi coś wysłać. Tylko... Tylko Tom, Kat, Harry i Bill. Ale po co ktokolwiek miałby mi coś wysyłać?
Zachłysnęłam się powietrzem, gdy dostałam się do środka i zobaczyłam tam te cholernie niesamowite w smaku muffinki i pralinki, które jadłam w ich domu, gdy... Gdy miałam okres. Odsunęłam się o krok, nie mogąc uwierzyć, że to działo się naprawdę i aż zakręciło mi się w głowie. Dostałam słodycze, co prawda drugiego dnia, ale... Kto inny mógłby mi je wysłać, jeśli nie Bill? Nikt inny nie był tak pojebany, by wiedzieć, kiedy miałam okres. Ale jak to?... Jak mógł mnie najpierw zostawić, a potem po ponad miesiącu wysłać mi pieprzone muffinki?! Czy on chciał mi zrobić jeszcze większy rozpierdol w głowie, czy do czego on zmierzał?!
Z powrotem rzuciłam się do pudełka, mając irracjonalną nadzieję, że znajdę tam jakąś choćby krótką notkę od niego, ale nic. Kompletnie nic. Tylko słodkości. Jak miałam go zrozumieć po tym wszystkim?...
Serce dudniło mi w uszach i czułam, że jeszcze chwila i całkowicie się rozkleję. Pieprzony okres znowu robił ze mnie tragikomiczną beksę. Zacisnęłam usta w wąską linię, próbując się w jakikolwiek sposób opanować, ale to niewiele dawało. Czułam się tak, jakbym została wyrzucona na scenę, bym odegrała jakąś scenę, a po tym wszystkim widownia mnie wyśmiała. Czy to było możliwe, żeby po tym wszystkim tak po prostu się mną bawił? W końcu mnie śledził, więc wiedział, co robiłam i jak się zachowywałam. Nic nie rozumiałam.
Nagle podskoczyłam gwałtownie, gdy obce dłonie złapały mnie za biodra i przyciągnęły do równie obcego ciała i czyjeś usta opadły na moją szyję. Moje oczy otworzyły się szeroko i puls przyspieszył jeszcze bardziej, gdy wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Boże, Bill wrócił. Wrócił po mnie! Najpierw przyniósł czekoladki i muffinki, a teraz!...
- Wróciłeś, B... – urwałam, gdy mój wzrok opadł na jedną z dłoni, która mnie władczo trzymała i znieruchomiałam, czując, jak zbiera mi się na mdłości. – H-Harry... – wydukałam zduszonym głosem. Zrobiło mi się zimno i ponownie zebrało mi się na płacz. Czemu on zawsze musiał się pojawiać wtedy, gdy chciałam go najmniej? On był gorszy, niż bumerang, którego się rzucało, a on wracał z większą siłą. I najgorsze było to, że ja sama mu na to wszystko pozwalałam. A co, jeśli Bill chciał wrócić, a potem zobaczył Harry’ego? Co, jeśli byłam obserwowana, kiedy Styles tu był? Co, jeśli wiedział, że byłam dotykana i całowana? Co, jeśli wiedział to wszystko? – Harry... – wydyszałam, ale on mnie nie słuchał. Nagle byłam odwrócona do niego twarzą, a jego usta wpiły się we moje, zupełnie ignorując mój nastrój. Nie spytał o nic, nie powiedział nawet głupie „cześć”. Po prostu wszedł i zrobił, co chciał, a ja tak bardzo tego nie chciałam. Brał w posiadanie moje usta, moje...
Harry chwycił mnie za pośladki i moje nogi zawisły w powietrzu, po czym zostałam bezpardonowo rzucona na swoje łóżko. Otworzyłam szeroko oczy, mając paskudne poczucie wewnątrz, że zaraz stanie się coś, co zdecydowanie nigdy nie powinno mieć miejsca.
- Harry, co ty... – jego palec na moich ustach sprawił, że reszta zdania utknęła gdzieś w gardle. Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczyma, nie wiedząc, czy nie powinnam była zacząć już panikować. Chyba powinnam. Harry wspiął się na łóżku i zawisnął nade mną w sposób, w jaki Bill zawsze nade mną wisiał, gdy działy się te słodkie rzeczy, które teraz były tylko przykrymi wspomnieniami.
- Chcę cię, Lena. Powiedz, że ty też mnie chcesz. – wyszeptał i pochylił się, by znów mnie pocałować. Patrzyłam na jego zamknięte oczy i nie wiedziałam, co się działo. Jak to się stało, że w jednej sekundzie ledwo powstrzymywałam ekscytację, która chciała się we mnie rozlać z powodu tych pieprzonych pralinek, a teraz leżałam na swoim łóżku z Harrym między swoimi nogami? Co się działo? Czy ja chciałam Harry’ego? Oczywiście, że nie! Dlaczego on... O Boże, dlaczego on chwycił za moją koszulkę?! O Boże, dlaczego on ją podciągał do góry?!
Niespodziewanie sama dla siebie odepchnęłam go od siebie chociaż na tyle, by oderwał się od moich ust. Ale on opacznie mnie zrozumiał i zaczął się siłować z moją koszulką, a ja w tym chaosie w głowie nie potrafiłam zrozumieć, co miałam zrobić. Spazmatyczny oddech nagle stał się nagle dziwnie świszczący i klatka piersiowa bolała mnie od mocnych uderzeń serca. Chciałam Billa. Chciałam Billa, chciałam...
- Mam okres. – palnęłam, zaskakując tym nawet samą siebie, a Harry spojrzał na mnie ze zmarszczonym czołem. – Więc pewnie...
- Nie przeszkadza mi to. – rzucił lekko i uśmiechnął się szeroko, korzystając z mojego zdezorientowania i jakimś pokrętnym sposobem ściągnął ze mnie koszulkę. Boże, on nigdy mnie nie widział, Boże... – Możemy pójść pod prysznic, jeśli chcesz.
- Słucham?... – spytałam nieprzytomnie, wciąż nie panując nad swoim spanikowanym oddechem – Harry, ja...
- Nie zrobię ci krzywdy, przecież wiesz, że zrobię dla ciebie wszystko. Kocham cię. – wydyszał w moje usta i złapał mnie za ręce, by postawić mnie na równe nogi.
- Ale...
- Nie bój się. – pocałował mnie głęboko, penetrując moje usta językiem, a jego dłonie puściły moje, by ulokować się na moich pośladkach. – Och, Lena, kocham cię tak bardzo... Tak bardzo... – wymruczał i odsunął się ode mnie, by pociągnąć mnie w stronę łazienki.

Nie chcesz mnie, nie
Nie potrzebujesz mnie
Tak jak ja chcę ciebie
Tak jak ja potrzebuję ciebie

A ja chcę ciebie w swoim życiu
A ja potrzebuję ciebie w swoim życiu

><><><><><><><><><

W ogóle to obrzydziłam tym sobie Stylesa jeszcze bardziej... xD