sobota, 11 maja 2013

Chapter II

Akuku xD Nadchodzi drugi rozdział, mam nadzieję, że będziecie w miarę zadowolone, bo ten rozdział, właściwie jak i wszystkie, jakie dotychczas zrobiłam, mi się podoba o_O Lubię tego Billa nooo xD Miłego czytania! ^ ^ 

><><><><><><><><><

Mimo, że cholernie napieprzała mnie głowa, obudziłam się z poczuciem, że od wczoraj coś się zmieniło i z pewnością owe zmiany nie były złe. Mlasnęłam językiem, próbując utworzyć choć odrobinę śliny, która nawodniłaby tę Saharę w ustach, ale to i tak było na nic. Byłam niepocieszona. Powoli uchyliłam powieki, zdając sobie sprawę, że najprawdopodobniej wyglądam jak gówno, ale jeśli chociaż zlokalizuję swoje położenie i swoją torebkę, to może i dowiem się, gdzie znaleźć łazienkę i lustro.
- Wiesz na co mam ochotę?... – usłyszałam zachrypnięty głos za moimi plecami i wtedy do mnie dotarło, że jesteśmy w domu Katariny i po prostu śpimy, a raczej spałyśmy w jej łóżku. No dobra. Nie jest tak źle. Przynajmniej będę mogła się w spokoju ogarnąć. – Na żarcie z „Pierogi Truck”.
Moje wspaniałe geny niosły ze sobą coś dobrego. Przynajmniej wiedziałam, że istnieje coś takiego jak tłusta, fenomenalna polska kuchnia. Mój ojciec dobrze zrobił, że wziął moją mamę za żonę. Drgnęłam. Śnił mi się jakiś blondyn z kolczykami w ustach. Cokolwiek to znaczy. A może mi się nie śnił?...
- Nie wiem, która godzina, ale zapewniam cię, że raczej to nie będzie po drodze na zajęcia. – wymamrotałam, skupiając się jednak na wyprodukowaniu nikłej ilości płynów ustrojowych w mojej jamie ustnej.
- Chyba żartujesz. Ja nigdzie nie idę... Pieprzyć twoich rodziców, oni i tak nie pochwalają tego, że uczysz się mazać na kartkach i lepić z gliny jakieś garnki.
Parsknęłam śmiechem, wtulając się w poduszkę.
- Tak, dokładnie to robimy. I dlatego kocham te zajęcia. Bo lubię lepić garnki i mazać kredkami po kartce. – tym razem to ona zachichotała, co zabrzmiało groteskowo przez jej ochrypnięty głos. Przetarłam ręką twarz i westchnęłam. – Może dzisiaj będą na Towne Centre Drive. Wtedy mogłybyśmy kupić sobie pierogi i pojechać na zajęcia i jakoś... – przerwało mi znaczące chrząknięcie i z głuchym jękiem przeturlałam się na drugą stronę, by zobaczyć, o co chodzi Katarinie. Niemo wskazała na zegarek stojący na szafce i zamknęłam oczy z rezygnacją. – No dobra. Więc skoro jest już po trzeciej, to może po prostu pojedźmy po te pierogi, zjedzmy je, a potem wrócę do domu. Co ty na to?
- Lena, czy mi się to śniło, czy ty wczoraj kleiłaś się z Harrym? – spytała nagle, a ja zakrztusiłam się śliną, która pojawiła się w najmniej odpowiednim momencie. Skrzyżowałyśmy spojrzenia i wszystkie wspomnienia z wczorajszej nocy uderzyły we mnie jak obuchem. – O mamo, jednak nie? A gdzie on w ogóle jest?
I to były wady imprezy zakrapianej konkretnym alkoholem. Zmusiłam się do pozycji siedzącej i przeczesałam swoje splątane włosy. Boże, co to wszystko wczoraj miało znaczyć? Całowałam się z nim jak popieprzona i on mówił te wszystkie słowa, na które czekałam od tylu lat i... i co jest, do kurwy nędzy?!
- Mam mętlik w głowie. – oznajmiłam, oblizując językiem usta. Wciąż lekko opuchnięte po wczorajszym kontakcie z ustami Harry’ego. Katarina chwyciła się za moje kolano i podciągnęła się do góry, natychmiast opierając się o mnie. Byłam tak nieżywa, że nawet mi to nie przeszkadzało. – I nawet nie wiem, o co mi tak naprawdę chodzi, bo...
- To znaczy, że po tym, jak wyssał z ciebie wszystkie zapasy śliny na następne kilkanaście lat, tobie już przechodzi?
Mimowolnie parsknęłam śmiechem. Katarina miała swój dziwny sposób mówienia o wszystkim tak bezpośrednio, że chyba bardziej już się nie dawało. Ale w większości przypadków mi to nie przeszkadzało. Chyba, że to tyczyło się moich spraw łóżkowych. A raczej ich braku.
Chwyciłam piórko, które powoli zaczynało odpadać od sukienki i zaczęłam się nim bezwiednie bawić.
- Nie przeszło. Ale tamten facet był jakiś dziwny i nie...
- Zaraz, zaraz, zaraz! –Kat mnie szturchnęła i wbiła we mnie skupiony wzrok, co jak dla mnie, chyba graniczyło z cudem. Bo ja w ogóle nie byłam w żaden możliwy sposób skupiona. – Jaki facet? Dlaczego ja o niczym nie wiem? Przespałaś się z kimś?!
- Katarina, nie! Weź! Przestań mi insynuować, że... no wiesz!
- Przestań udawać taką uroczą i niewinną, bo i tak ci nie uwierzę. – posłała mi sceptyczne spojrzenie, a ja przewróciłam oczami. Kij jej w uszy, do cholery.
- Widzę, że się doskonale rozumiemy. – burknęłam, wydając z siebie dźwięk frustracji, gdy piórko odpadło. – Po prostu szłam sobie do kibla i wpadłam na faceta. I był dziwny. – dodałam i przysięgam, że gdyby Kat była psem, jej uszy by się podniosły, a jej ogon zacząłby fruwać od lewej do prawej.
- Jak dziwny? Dziwnie dziwny czy seksownie dziwny?
Autentycznie odechciewało mi się o tym gadać.
- Tajemniczo dziwny i seksownie dziwny. – odparłam. – A potem Harry mnie pocałował i powiedział, że mu zależy na mnie tak jak jeszcze na nikim innym i sprawił, że mój mózg stał się jednym wielkim kotletem mielonym. Tyle w temacie.
Katarina zsunęła się z łóżka i chwyciła z szafki nocnej gumkę do włosów, za pomocą której zrobiła sobie koka na głowie. Spojrzała na mnie z ukosa i westchnęła.
- Wiesz, co ja myślę? Pojedziemy po pierogi, zjemy je, a potem ty pojedziesz do Harry’ego, gdziekolwiek on teraz się podziewa i zapomnisz o seksownym dziwaku, który jest ci zupełnie obcy i nic o nim nie wiesz. Poza tym prawdopodobieństwo, że spotkasz go jeszcze raz jest praktycznie zerowe, prawda? – uśmiechnęła się do mnie pokrzepiająco i przeciągając się z głośnym piskiem, powlokła się w stronę łazienki.
- Nawet mniej, niż zerowe... – potwierdziłam, gapiąc się tępo w wyrwane piórko. Może i bym uwierzyła, że mi się śnił, gdyby nie to, że zbyt wyraźnie pamiętałam jego palec na swoich ustach i te cholerne kolczyki w wardze. I całą twarz. Byłabym w stanie go rozpoznać, nawet gdybym miała z zamkniętymi oczyma macać twarze obcych mężczyzn. A to nie świadczyło o mnie dobrze. A najbardziej niepokoił mnie fakt, że on wcale nie wyglądał na zaskoczonego, że na niego wpadłam. I miałam to idiotyczne wrażenie, że on mnie... badał. A to już było naprawdę popieprzone.
Musiałam przestać o nim myśleć. Przede mną rozmowa z Harrym i tak naprawdę nawet nie wiedziałam, co chciałabym mu powiedzieć. Po prostu... po prostu chciałam wiedzieć, na czym stoję. I czy to, co się wydarzyło po pijanemu, ma miejsce w trzeźwej rzeczywistości. Miałam naprawdę popieprzony mętlik w głowie.
- Masz. – na moje nogi spadły dwa białe ręczniki. – Idź i weź prysznic.

W pożyczonej od Kat szerokiej czarnej koszulce do połowy ud z napisem „I love music”, która ciągle zsuwała mi się z lewego ramienia, jasnych jeansowych szortach i trampkach, wiozłam nas obie na północ San Diego tylko po to, by kupić sobie po sześć pierogów za dziesięć dolarów i zapchać nimi pusty żołądek. Byłam czysta i pachnąca, co znacznie podniosło jakość moich myśli, które przewijały mi się w czaszce, więc i moje samopoczucie wzrosło. Było przed czwartą i moja mama zdążyła już dwa razy zadzwonić z pytaniem, kiedy będę w domu. Nie czułam zbytniej potrzeby powrotu tam, ale posłusznie odparłam, że będę wieczorem. I chyba naprawdę miałam paranoję, skoro wydawało mi się, że jest czymś zaniepokojona. Ona nie bywała w takim stanie. Albo była beznamiętna, albo wściekła, albo szczęśliwa i rzygała tęczą, nic pomiędzy. No i to mnie zaniepokoiło. Ale niestety miałam ważniejsze problemy do rozwiązania, by w się przyjąć tym wystarczająco.
Jak to, że właśnie dzwonił Harry.
Ciśnienie mi skoczyło jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Katarina szturchnęła mnie znacząco, więc nie mając innego wyboru, nacisnęłam zielony przycisk i przystawiłam telefon do ucha.
- Cześć, Harry... – przywitałam się, nagle czując się wyraziście odkryta przed tym człowiekiem. I zbyt boleśnie wyryło mi się w pamięci, że ten człowiek mnie całował i dotykał w wielu różnych miejscach. I moje czerwone policzki o tym świadczyły.
- Lena... – usłyszałam w słuchawce westchnięcie i mi samej zrobiło się ciężko. A co, jeśli on uznał to za chwilową rozrywkę i teraz chce tak po prostu mnie zgnieść jak robaka? – Lena, dasz mi znać, kiedy będziesz w domu, żebym mógł do ciebie przyjechać i... i się z tobą zobaczyć?
Gdzieś wewnątrz mnie zapaliło się ciepłe i delikatne światełko, które dało mi nadzieję, że pomimo chaosu, jaki dział się wokół mnie, może coś tu jednak się uda. Jego głos brzmiał tak ciepło i bezpiecznie, że na moich ustach automatycznie pojawił się uśmiech.
- Nie ma potrzeby. Miałam zamiar do ciebie dzwonić, żeby się dowiedzieć, gdzie się podziewasz, bo aktualnie jestem na mieście i być może mam po drodze.
- Może to i nawet lepiej, bo twoi rodzice czasami bywają przerażający. – powiedział, a ja parsknęłam śmiechem, potrząsając głową.
- Harry, oni są tacy zawsze. – przypomniałam mu i przez chwilę czułam, że ciśnienie odrobinę zelżało. – Chyba jeszcze nikomu nie udało się wywrzeć na nich jakiegokolwiek szacunku. Oni są poza wszystkim. – chrząknęłam, nie chcąc się wdawać bardziej w tę bezsensowną konwersacją, którą chyba właściwie sama zaczęłam. – To gdzie się podziewasz?
Chwila ciszy i oczami wyobraźni widziałam, jak szpera po swoich rzeczach w poszukiwaniu adresu. Znałam tego dzieciaka zbyt dobrze.
- The Westgate Hotel przy...
- Second Avenue, wiem, gdzie to jest. – przerwałam mu, już w głowie obliczając, ile mi czasu zostało, zanim będę musiała odwieźć Katarinę z powrotem, by wystarczająco długo pobyć z Harrym. – Dobra, będę za jakąś godzinę, okej?
Boże. Całowaliśmy się i on mi powiedział, że mu zależy, a ja teraz rozmawiałam z nim tak, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Byłam po prostu bezcenna.
- Jasne, powiem im, że będziesz, żeby nie robili problemów. – przełknęłam ślinę, gdy moje myśli powędrowały do niego i do pokoju, w którym będziemy całkowicie sami.
- Okej, to... to do zobaczenia.
- Nie mogę się doczekać, Lena. – dodał, a ja z wrażenia się rozłączyłam. O Matko Boska, moje serce!
- Będzie pieprzenie. – oznajmiła Katarina, a ja w odwecie dźgnęłam ją między żebra, aż głośno zawyła. – No co?!

Idąc hotelowym korytarzem, zastanawiałam się, jakim cudem ja byłam w stanie w ogóle trzeźwo myśleć. Niechybnie zbliżałam się do momentu, od którego nie będzie już ucieczki, jeśli raz w to wdepnę, a mimo wszystko szłam dalej. I nie wiedziałam, czy to była głupota. Choć miałam dziwne wrażenie, że tak. I właśnie to było powodem mojej rozterki. Kiedy już przyszło co do czego, ja nie byłam w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy tego chcę. Wiedziałam, że go kocham. Nie mogłabym sobie tego wmawiać przez te trzy lata. Ale mimo wszystko coś mnie przed tym powstrzymywało i... i nie wiem... Może to był tylko stres przed nieznanym?
Stanęłam przed drzwiami do jego apartamentu i westchnęłam. Tylko chwila mnie dzieli od rozstrzygnięcia mojego życia. Co, jeśli bym nie zapukała? A może on tam na mnie czeka i chce powiedzieć, że to był błąd?... Ugh.
Uniosłam rękę i stanowczo zapukałam w drzwi, modląc się, żeby wszystko skończyło się jakimkolwiek happy endem. Nie musiałam nawet zbyt długo czekać. Klamka zapadła się tak szybko, że przemknęło mi przez myśl, że może on tam siedział i czekał, aż zapukam. Kto to wie...
- Lena!... – ujrzałam zielonookiego z burzą loków na głowie i coś skręciło mi się w żołądku. Byłam zakochana w dzieciaku i ciągle nie mogłam sobie przyswoić tego faktu. A obecnie dzisiaj miał na sobie zwykły czerwony t-shirt i znoszone jeansy. – Wchodź. – otworzył drzwi szerzej w geście zaproszenia, więc posłusznie weszłam do środka, natychmiast wpadając w pułapkę jego perfum. Oh, cholera. Byłam przekonana, że nikt nie pachniał lepiej, niż on. Odwróciłam się do niego, gdy on zamykał nas na klucz i wiedziałam, że przepadłam. Całkowicie.
Chwilę później byłam przyciśnięta do ściany, a jego język rozpoczął eksplorację moich ust z taką namiętnością, że musiał złapać mnie za biodra, bym nie straciła równowagi. Nie miałam pojęcia, jak to się w ogóle stało, że nawet nie zamieniliśmy ani jednego słowa, ale miałam to kompletnie gdzieś. Jedyne, co wychodziło z moich ust i brzmiało w miarę koherentnie, było „Harry”. Za cholerę nie czułam potrzeby rozmawiania. Ruchy jego warg były tak przytłaczające, że mówiły więcej, niż rafaello. Ale potem on włożył dłoń w moje szorty i coś przestało być dobrze.
Oderwałam się od niego ze świstem i spojrzałam w jego lśniące oczy.
- Mieliśmy porozmawiać, Harry. Nie pozwolę ci na nic więcej, jeśli nie będę wiedziała, na czym stoję. – choć drobnym niedopowiedzeniem było, że prawdopodobnie pozwolę mu się zaciągnąć do łóżka dopiero, gdy dostanę swoją pierwszą emeryturę.
Hazza wyciągnął więc swoją dłoń, pocałował mnie delikatnie po raz ostatni i zaciągnął mnie do salonu, gdzie usiadłam sztywno na białej kanapie ze wzrokiem wbitym w jakiś nieodgadniony punkt na podłodze.
- Myślałem, że to całkiem oczywiste. – usłyszałam, gdy usiadł obok mnie tak blisko, że nasze kolana się stykały. Zrobiło mi się źle. Nie wiedziałam, o co chodzi, ale coś było nie w porządku. Ze mną.
- Dla mnie nic nie jest oczywiste, skoro po tylu latach nagle robisz coś takiego.
- Ale przecież świadomie się na to zgodziłaś i...
- Harry. – podniosłam wzrok na jego uroczą twarz i westchnęłam. – Pozwalam ci, bo jestem w tobie zakochana od trzech lat. – i zanim zdążyłam cokolwiek dodać, on mnie znowu pochwycił i znów mnie pocałował, a ja poczułam się jeszcze bardziej zdezorientowana, niż przed chwilą.
- Przyjaźnimy się odkąd pamiętam – wyszeptał w moje usta, wciąż mając zamknięte oczy. – Myślisz, że byłbym w stanie cię wykorzystywać w ten sposób? Wypiłem wczoraj za dużo i nagle pomyślałem, że chociaż spróbuję. Spróbowałem i nie żałuję, Lena. Kocham cię. – delikatnie ucałował kącik moich ust, a mi zrobiło się dziwnie ciepło, choć gdzieś na tyłach świadomości ciągle panikowałam. – I przez tak długi czas myślałem, że ty... – urwał, gdy nagle rozległ się dźwięk mojego telefonu, skutecznie niszcząc tę sytuację. Fantastycznie. Niemal zgrzytnęłam zębami, słusznie się domyślając, że ktoś z domu dzwoni. Nie mają kiedy przerywać, prawda? Jasne, że nie. To się po prostu w głowie nie mieści.
- Mama... –wyburczałam, gdy zobaczyłam zdjęcie mojej matki na ekranie telefonu.  Nie mogłam tak po prostu jej zignorować, bo to nawet by nic nie dało. Ona by się uparła i dzwoniła i dzwoniła, aż w końcu by mnie krew zalała. Lepiej było mieć już to z głowy. – Co jest? – spytałam, gdy w końcu zmusiłam się, by odebrać od niej połączenie. Unikałam wzroku Harry’ego, który cały czas się na mnie patrzył tak, jakby tylko cudowną siłą się powstrzymywał, by się na mnie nie rzucić. Przełknęłam ślinę. Nie do końca miałabym coś przeciw...
- Mogłabyś wpaść na zakupy, skoro już jesteś na mieście? – spytała tak po prostu, a moja mina zrzedła jeszcze bardziej. To znaczyło, że będę musiała wcześniej wyjść od Harry’ego. Czy świat sprzeciwiał mi się dzisiaj celowo, czy o co chodzi? To było takie cholernie niesprawiedliwe. Jutro znowu będą zajęcia i nie dopiero późnym wieczorem będę miała czas dla siebie, a mój tata nigdy mi nie pozwoli wyemigrować się do Stylesa. Tym bardziej, że ja sama miałam pewne obawy, by być u niego o takiej porze. W ogóle miałam obawy, by z nim być sam na sam. – Wyślę ci listę zakupów smsem i pojedziesz tam, gdzie zwykle, nie?
Najwyraźniej moje milczenie uznała za zgodę. No to fajnie, bo ja właśnie byłam w trakcie obmyślania planu ucieczki z domu do Katariny. Bo jakoś nie sądziłam, by ktokolwiek w domu Page’ów miał jakieś opory przed tym, by mnie przyjąć.
- Taaa, jasne. – odparłam i zrezygnowana nacisnęłam czerwony przycisk. Świetnie. Fantastycznie. – Harry. Jak długo tu zostaniesz...? – podniosłam na niego wzrok i nie czekając na odpowiedź, wgramoliłam się na jego kolana. Dawniej też tak robiłam, ale tym razem odczucie było o wiele bardziej wzmożone, a bliski kontakt fizyczny sprawił, że zadrżałam. Uwielbiałam patrzeć na niego z tak bliska. I uwielbiałam, gdy jego perfumy drażniły mój zmysł powonienia.
Delikatnie się o niego otarłam, przysuwając się do jego klatki piersiowej tak, że między nami nie pozostało ani centymetra różnicy. Wiedziałam, że powie, że jest tutaj pewnie tylko na jakieś trzy dni, albo nawet i krócej. Wolałam osłodzić sobie ból, więc pochyliłam się nad nim i zaczęłam składać pocałunki wzdłuż linii jego szczęki, lekko drapiąc jego kark. Nawet nie wiedziałam, skąd to się we mnie wzięło, bo ja nigdy, przenigdy, nie brałam spraw w swoje ręce. Zdecydowanie wolałam, żeby mnie ktoś przywiązał i mnie zmusił do... ekhem, znaczy... wolałam, kiedy ktoś dominował. Ale ten bachor, w którym byłam zakochana, widocznie tego jeszcze nie zrozumiał. A mówiłam mu już naprawdę wiele różnych i dziwnych rzeczy, a Katarina nagadała mu pewnie jeszcze więcej o tym, jakie to ja mam spaczone myśli. Ale z drugiej strony on święty nie był. To nie trzymało się kupy.
Sapnęłam radośnie, gdy nagle zostałam rzucona na kanapę, a na moich ustach rozlał się szeroki, niemal maniakalny uśmiech. A może jednak on pamiętał, co mu zostało powiedziane? Oplotłam nogami jego biodra, a jego dłoń pewnie spoczęła na moim pośladku, gdy zęby przygryzły moją wargę.
- Jeśli nie przestaniesz mnie kusić, nie wypuszczę cię z mojego łóżka przez najbliższy tydzień i nic mnie nie powstrzyma. – wydyszał, a jego przeniosły się na moją szyję i westchnęłam głośno.
- Więc będziesz tu przez tydzień?
- A co, chcesz się przekonać?
Zadygotałam na całym ciele, gdy jego krocze otarło się o mnie. Zgubiłam się w podnieceniu, jakie mnie opanowało i już wsuwałam dłonie pod jego koszulkę, gdy nagle w pomieszczeniu rozległ się dźwięk SMSa i zastygłam w bezruchu. Kurwa mać. No co jest?!
Harry uniósł się odrobinę wyżej i spojrzał na mnie ze zmarszczonym czołem.
- Mam takie dziwne poczucie, że chyba ktoś nie chce, żebyś tu była. – odparł, mając najwyraźniej na myśli moich rodziców, którzy mieli tendencje do tego, że zawsze wpychali się z butami nie tam, gdzie trzeba. Ostatnio, gdy byłam młodsza i spotykałam się z jednym chłopakiem, by zapomnieć o tym, że kocham się w dzieciaku z sąsiedztwa, moja mama robiła dosłownie wszystko, by tylko nas poróżnić. A że mi szczególnie nie zależało, poddałam się. Normalnie to bym ją zignorowała na całej linii, gdyby nie to, że wczoraj właściwie bez pytania się ulotniłam, a oni ciągle mieli nade mną władzę, póki nie skończę dwudziestu jeden lat. Pieprzone Stany.
- Może przyjdę jutro. – zaproponowałam niechętnie, a Harry zwlókł się ze mnie, przecierając twarz. – Moje zajęcia co prawda kończą się po czwartej, ale potem... – urwałam, gdy nagle dotarło do mnie, jak żałośnie to wszystko będzie wyglądało. Nie dość, że będziemy się widzieć pewnie parę dni w miesiącu (maksymalnie), to na dodatek nie będziemy mieli całej doby na nacieszenie się sobą. Jak nie jego praca, to moja uczelnia. Niech to, kurwa, szlag.
- Przyjadę po ciebie i zabiorę cię na jakąś kolację, żebyś nie umarła z głodu. – podsunął, uśmiechając się lekko. – A do tego czasu... – jego palec przesunął powoli po mojej szyi, a ja westchnęłam zaskoczona, gdy gdzieś w pobliżu tętnicy poczułam ledwo wyczuwalny ból. – Inni faceci będą wiedzieli, że już nie jesteś sama.
Samce.

Nie sposób było malinkę ukryć. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, czy coś, ale jeśli moja mama to zobaczy, to niechybnie padnie na zawał, a zaraz za nią tata. I nie szło im wytłumaczyć, że moje życie to nie ich życie. Oni po prostu próbowali przeżyć je za mnie. A przynajmniej zrobić wszystko, by moja wizja świata była ich wizją. Więc wiedziałam, że w domu czeka mnie kłótnia. A przynajmniej porządna sprzeczka.
W drodze powrotnej odbiłam trochę na zachód, by zajechać do Albertsonsa, w którym najczęściej robiliśmy zakupy. Mama dała mi tak długą listę, że sama nie miałam pojęcia, jak się z tym wszystkim zabiorę. Akurat musiała mi to wysłać, jak byłam u Harry’ego? Nie mogła poczekać, aż wrócę, byśmy mogły obie pojechać? Ugh, gdyby nie to, że nie chciałam za bardzo mówić, że właśnie dorobiłam się chłopaka, to bym jej wygarnęła. A przynajmniej bym sobie to wyobraziła, bo koniec końców i tak bym milczała jak grób.
Zostawiłam samochód na parkingu jak najbliżej wejścia i z nadąsaną miną wyszłam z niego, zakładając ray-bany na nos. Słońce dzisiaj wyjątkowo przypalało, a i tak wolałam nachmurzoną twarz schować za okularami przeciwsłonecznymi. Chwyciłam za wózek stojący po drodze i pchnęłam go w stronę rozsuwanych drzwi supermarketu. Przez to wszystko nie miałam nawet czasu, by się porządnie zastanowić nad tym, co właściwie działo się w moim życiu. Byłam cholernie sfrustrowana i prawdopodobnie każdy klient tego sklepu, który na mnie spojrzał, był w stanie to potwierdzić. Byłam pewna, że wręcz emanowałam złą energią. A co było w obecnym momencie najbardziej denerwujące? Że mama napisała mi całą listę zakupów z wyraźnym dopiskiem „weź to, co ty uznajesz za słuszne i nie dzwoń z żadnymi pytaniami”. Zawsze się pytałam, do cholery! Niby od kiedy miałam brać to, co mi smakowało bardziej? Nie od dziś było wiadomo, że jestem wybrykiem natury, który lubi rzeczy, jakich moi rodzice nie znoszą.
Zatrzymałam się przed sekcją z pieczywem i westchnęłam zirytowana. Świetnie. Więc kupię chleb, który ja lubię, wędlinę, którą ja lubię i inne rzeczy, które tylko ja lubię.
Wrzuciłam do koszyka bajgle z żółtym serem na wierzchu, a potem pełnoziarnisty chleb i powędrowałam dumnie do kolejnych regałów. I wrzucę tę szynkę, której nie lubi mój tata, a ja kocham i inne mięsne rzeczy, których on raczej nie jada, bo woli się zdrowo odżywiać. A co mi tam. Jak już mamy się dzisiaj kłócić, to na całego.
Najlepsze i tak zostawiłam sobie na koniec. Z uśmiechem na twarz znalazłam się w sektorze z wielkimi pudłami korfleksów. Zakupy jednak potrafiły zrelaksować. Tym bardziej, kiedy kupowało się to, na co miało się ochotę. Rozejrzałam się w poszukiwaniu mojej ulubionej firmy produkującej płatki śniadaniowe tak czekoladowe, że mleko w miseczce automatycznie robiło się kakaowe, a ja szczerzyłam się do niego jak głupia. Po prostu kochałam czekoladę. Co w tym złego?
- Kurwa. – mruknęłam, mrużąc oczy, gdy dotarło do mnie, że moje płatki zostały przeniesione na najwyższą półkę, do której musiałam skakać, by coś wziąć. Nie lubiłam z siebie robić idiotki. A przynajmniej nie przy ludziach, a akurat dzisiaj w tym sektorze kręciło się zbyt wielu obserwatorów. Niech to.
Wyciągnęłam rękę w stronę pudełka, choć i tak wiedziałam, że to nic nie da. Mogłam założyć wysokie obcasy, przynajmniej wtedy nie miałabym problemów. Głupie płatki, głupi sklep, głupia lista zakupów, głupie trampki, głupie...
Nagle wytatuowana dłoń pojawiła się przed moimi oczami i z łatwością sięgnęła pudełko, jakby to nie stanowiło dla niej żadnego problemu. Zdążyłam tylko zarejestrować jakieś cyfry na palcach i imitację kości, zanim płatki wylądowały w moim wózku.
- Jeszcze jedno, jeśli można... – wymamrotałam, robiąc się czerwona i wtedy spojrzałam na właściciela ręki i podskoczyłam gwałtownie, gdy dotarło do mnie, że to ten sam mężczyzna, którego poznałam wczoraj w klubie. Co on... Co on tu robił? I czemu znowu był tak blisko i nawiązywał ze mną kontakt? I czemu tylko niewerbalny?!
Ciśnienie w moim ciele podskoczyło drastycznie i poczułam, że zaczynam dosłownie dyszeć, patrząc na niego, podczas gdy on tak po prostu sięgnął po drugie pudełko i włożył je do koszyka. Dzisiaj był ubrany w szary bezrękawnik, dzięki któremu widziałam kolejny tatuaż na jego ramieniu i czarne rurki, i nie wiedziałam czemu, ale autentycznie miałam natłok śliny w ustach. Huczało mi w uszach, przez co nie mogłam się skupić na tym, by zadać mu jakiekolwiek pytanie. Bo to nie było normalne, że w ciągu dwóch dni widzę go dwa razy i to nie gdzieś z daleka, tylko właśnie w taki sposób, prawda? Czułam, że moje dłonie się pocą ze zdenerwowania i całe moje ciało zaczyna podejrzliwie pulsować. A potem on stanął w rozkroku i skrzyżował ręce, przyglądając się nie mnie, a moim zakupom. I zbił mnie z tym z pantałyku.
- Czekolada, hmm? – wymruczał znów z tym obcym akcentem, a mi zrobiło się duszno, gdy podniecenie uderzyło mnie gwałtowną falą. O cholera. To nie świadczyło o mnie zbyt dobrze, prawda? – Może i będzie z tego jakiś pożytek, choć...
- Kim... kim jesteś? – wydukałam, nie wierząc, że właściwie to zrobiłam. Odezwałam się do niego. O Boże, odezwałam się do faceta, który wywołuje we mnie tyle emocji tylko i wyłącznie stojąc. I mówiąc. O czekoladzie.
Zmarszczył czoło, podnosząc na mnie swoje brązowe oczy i przełknęłam ślinę, gdy przewierciły mnie na wylot. Widziałam w nich niemą naganę, jakby był zirytowany faktem, że mu przerwałam. Przestąpiłam z nogi na nogę zdenerwowana. Boże. Chcę do domu. On mnie stresuje.
- Nie zamartwiaj tym swojej ślicznej główki. – uśmiechnął się do mnie, choć na jego ustach nie było ani cienia rozbawienia. Kolczyki w wardze znów mnie zafascynowały, a przed oczami przewinęły mi się obrazy, których na pewno nie można było zakwalifikować do tych „miłych i uroczych”. Nie byłam w stanie zapanować nad nierównym oddechem i gorącem, jakie biło od mojej twarzy.  – Nie masz do tego powodu. – dodał, przesuwając się bliżej mnie, a gdy pochylił się nade mną tak, że nasze oczy się zrównały, zakręciło mi się w głowie. – Masz jeszcze do czegoś słabość, prócz czekolady? – pogłaskał mnie pieszczotliwie po policzku, znów uśmiechając się w ten dziwny sposób. – Naprawdę chciałbym to wiedzieć.
- A ja chciałabym wiedzieć...
- Nie masz powodu. – przerwał mi. Jego wzrok wyostrzył się, przez co jego twarz stała się chłodna i zdystansowana do tego stopnia, że po mojej skórze przeszły dreszcze, a moje serce chyba przez chwilę przestało bić. Jego dłoń nagle przechyliła moją głowę, a jego oczy stały się jeszcze mroczniejsze, niż przed chwilą. Znieruchomiałam przestraszona, gdy zorientowałam się, że on najwyraźniej zobaczył malinkę, którą pozostawił mi Harry. Oh, cholera. Dlaczego zachowuję się w jego obecności jak kukiełka i mam wyrzuty sumienia w związku z moim chłopakiem?!... – Ale już niedługo. – oznajmił mi niskim i lodowatym głosem.
A potem się odsunął i tak po prostu odszedł, ani razu nie odwracając się w moją stronę.

><><><><><><><><><><><

No i to by było na tyle. Jutro Epilog na http://am-bound-to-you.blogspot.com/ :)

niedziela, 5 maja 2013

Chapter I

Nastał wieczór, więc zapraszam na pierwszy rozdział ^.^ Dziękuję za wszystkie komentarze pod Prologiem, bo nie wiem, jakim cudem, ale to opowiadanie bardziej do mnie przemawia, niż Natasza i chyba wszystkie wcześniejsze opowiadania. No może oprócz tego o Anecie, które było pierwsze i chyba zawsze będę miała do niego sentyment. Gdzieś tam przewijały się moje marzenia, które ona sama spełniała i... No, mniejsza. Zapraszam :)

><><><><><><><><><><


Jeszcze tylko kolczyki... i jeszcze perfumy!
Zaciągnęłam się moim ulubionym zapachem i westchnęłam głęboko, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. Wyglądałam dobrze. Właściwie to wyglądałam nawet lepiej, niż dobrze. Ale tak właśnie miało być, w końcu dzisiaj obchodziłam swoje dwudzieste urodziny i musiałam olśniewać swoją osobą, prawda?  Nie, nie byłam, nie jestem i nie będę narcyzem, to po prostu refleksja.
- Boże, tłumaczę się sama przed sobą, to już podchodzi pod chorobę psychiczną. – jęknęłam głośno i potrząsnęłam głową, odwracając się od swojego odbicia. Mała czarna w piórka bez ramion, ramoneska z ćwiekami i zamszowe czarne botki są w porządku, przestań kwestionować swoje własne zdanie, do cholery. Ogarnij się.
No dobra. Teraz jeszcze musiałam wynieść się z domu tak, żeby moi kochani rodzice nie zorientowali się, że mam zamiar fortunę wydać na nocny klub, do którego idę wraz ze znajomymi. Choć właściwie to wydałam już ją miesiąc temu, gdy rezerwowaliśmy miejsce. Klub Fluxx wcale nie był taki tani, ale uznałam, że raz się żyje, prawda? Mogłam sobie sprawić przyjemność chociaż w taki sposób. Specjalnie z tego tytułu ominęliśmy dzisiaj szerokim łukiem zajęcia na uczelni. Znaczy ja i moja przyjaciółka, bo reszta moich znajomych żyje z tego, że albo pracują i trzepią kasę, albo trzepią kasę z tego, że ich rodzice pracują. Ja się akurat zaliczałam do tej drugiej kategorii. A to dlatego, że mój ojciec zakazuje mi pracować. Jego umysł jest tak nielogiczny i niemożliwy do zbadania, że już dawno sobie dałam spokój z próbą zrozumienia tego człowieka. Z resztą nieważne. Dziś nie miałam zamiaru w jakikolwiek sposób psuć sobie humoru takimi bzdurami. Dziś była moja noc.
Po cichu zeszłam po schodach na dół i czujnie się rozejrzałam w poszukiwaniu swoich protoplastów. Czemu ja nie pomyślałam o tym, żeby się przebrać u Katariny? Co za idiotyzm, nie musiałabym się wtedy tak zakradać. Przewróciłam oczami, a w tym samym momencie z salonu wynurzył się tata. No proszę. Cóż za idealne wyczucie.
Podniósł wzrok znad szarego tabletu i spojrzał na mnie ze zmarszczonym czołem. Świetnie. Teraz to usłyszę jaka to niewdzięczna jestem, że oni na mnie harują, a ja nic im nie mówię.
- Gdzie idziesz? – spytał wolno, lustrując mnie od góry do dołu. Och, mam asa w rękawie. Że też nie pomyślałam o tym wcześniej. – Słyszałem, że nie byłaś na tych swoich zajęciach.
„Tych swoich zajęciach” czyli „Visual Arts”, które studiowałam na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego, gwoli ścisłości. Nie był to jego wymarzony kierunek. Uroił sobie, że jego córka też będzie zarabiać w taki sam sposób jak tatuś. A ja jak na złość trzymałam się od finansów z daleka. Najwyraźniej moja rodzina nie zaliczała się do tych „normalnych”. A szkoda.
- Idę do Katariny. – oparłam wzruszając ramionami i przestąpiłam z nogi na nogę. A miałam już niewiele czasu, bo w klubie byliśmy umówieni na dziewiątą, samo dotarcie na miejsce zajmie mi ponad pół godziny, a było już po ósmej. Nigdy nie byłam demonem prędkości.
- I wystroiłaś się tak, bo idziesz właśnie do niej? – spojrzał na mnie sceptycznie, chociaż widziałam, że bardziej był zaabsorbowany swoim tabletem, który łączył go z pracą. To zabawne, że to może wyssać z człowieka wszystko, co... no cóż, wszystko co człowiecze. Wydaje mi się, że kiedyś taki nie był. Ale to było dawno i nieprawda. Z resztą mama nie była inna.
- Nie, wystroiłam się, bo mam urodziny i chcę fajnie wyglądać, a teraz muszę już iść, bo się śpieszę. – i zanim zdążył przyswoić do siebie fakt, że zapomniał o moich dwudziestych urodzinach, ja już siedziałam w swojej czarnej Hondzie CR-V i odpalałam silnik. W sumie oni wcale nie byli aż tacy źli. Po prostu chcieli na mnie wyprzeć presję i swoje zdanie, a ja nie się nie dawałam. I z tego powodu powstawały konflikty. No ale mimo wszystko to byli moi rodzice i chociaż nie dawałam im powodów do dumy, chciałam, by mnie kochali.
Przetarłam twarz rękoma, po czym wrzuciłam wsteczny i zjechałam z podjazdu, uprzednio sprawdziwszy, że nikt nie jedzie. Podkręciłam klimatyzację, przeklinając lato, które nie pozwalało mi dobrze wyglądać. Lubiłam tę ramoneskę.
Na czerwonym świetle zrzuciłam ją z siebie, odgarniając do tyłu moje lekko pofalowane włosy. Dzisiaj specjalnie zostawiłam je rozpuszczone, a dla lepszego efektu zrobiłam sobie wyjątkowo ciemny makijaż. Nie wyglądałam jak ja. Z natury wyglądałam raczej uroczo, ale dziś pojechałam po bandzie i... i byłam z siebie dumna.
Na Beaumont Avenue zatrzymałam się pod tak dobrze dla mnie znanym domem i wysiadłam z samochodu, poprawiając sukienkę. Zabrałam ze sobą torebkę i stukając szpilkami po chodniku, ruszyłam pełna nadziei na dobre zakończenie w stronę drzwi frontowych, które cudownym sposobem otworzyły się, gdy już unosiłam rękę, by zapukać.
- Dzień dobry, pani Page. – uśmiechnęłam się szeroko na widok blondwłosej kobiety po czterdziestce ubranej w znoszoną szarą koszulkę i zwykłe czarne dresy.
- Lena, jak ślicznie wyglądasz! – „ślicznie” to raczej nie do końca adekwatne słowo, bo jak już mówiłam, nie wyglądałam uroczo. Mimo wszystko, wyszczerzyłam się do niej jeszcze bardziej i pokiwałam głową. – Wchodź, wchodź, Katarina już się wścieka, że cię jeszcze nie ma.
- No nareszcie! – usłyszałam ze środka i znowu przewróciłam oczami. Pani Page zamknęła za mną drzwi, a ja automatycznie podążyłam za źródłem wrzasków, którego epicentrum znajdowało się w kuchni i popijało colę. Katarina miała na sobie białą, prostą sukienkę z dużymi rozcięciami na bokach i zaczęłam się zastanawiać, czym ja sobie zasłużyłam, że ona może się tak ubierać i nie mieć problemów z rodzicami, a ja nie. I na dodatek założyła jedne z moich ulubionych szpilek, które posiadała. Te czarno-złote. To było po prostu... – Czy ty możesz choć raz wyrobić się na czas?
Wzruszyłam ramionami.
- Nie sądzę. Prawdopodobnie jestem tak genetycznie zbudowana. – odparłam śmiertelnie poważnym głosem, na co ona prychnęła i spojrzała na mnie jak na kretynkę. – No co?
Machnęła na mnie ręką i wstawiła pustą szklankę do zlewu, mamrocząc coś pod nosem, że niby później to sprzątnie i odwróciła się w moją stronę. Otworzyła usta, by coś mi powiedzieć, ale zaraz je zamknęła. Chwyciła telefon ze stołu i przez chwilę coś na nim pisała, zanim przystawiła go do ucha.
- Halo?... Tak, taksówkę... – chwilę tłumaczyła, na jaką ulicę ma dojechać i ziewnęła głośno. – Tak, dziękuję... - i rozłączyła się, ignorując rozmówcę. Posłała mi ponure spojrzenie. – Brytyjski akcent. – dodała znacząco, a ja westchnęłam i usiadłam na stołku barowym. Nie rozumiem, z czym Amerykanie mają problem, jeśli chodzi o nasz akcent. Przecież koniec końców posługujemy się praktycznie tym samym językiem, tak? Więc czemu oni nie zawsze nas rozumieją i niejednokrotnie patrzą się na nas jak na ufo, kiedy tylko coś mówimy? Co za idiotyzm. Już mniejszym fenomenem był Hindus.
Moja rodzina i rodzina Katariny przeniosły się z Londynu do San Diego dwa lata temu. Wszystko dlatego, że tata dostał tutaj korzystniejszą ofertę pracy i przekonał pana Page, który jest jego przyjacielem, że gdyby się tutaj z nami zabrał, jego sytuacja finansowa na pewno by się polepszyła. W sumie to się nie mylił. Szkoda tylko, że nie wziął pod uwagę moich uczuć i tego, że zostawiłam w Londynie człowieka, za którym uganiałam się już od dłuższego czasu.
I to wszystko wcale nie było zabawne. Tym bardziej, że ów człowiek jest ode mnie rok młodszy i będzie w klubie. Bo tak jakby to mój przyjaciel. Który jest sławny. Taka drobna dygresja.
Ja nawet nie wiem, czemu jestem w nim zakochana. Z pewnością nie wygląda tak, jak mój umysł podpowiada mi, że powinien wyglądać. Te jego cholerne loczki doprowadzają mnie do szewskiej pasji i jego uśmiech powinien mnie rozśmieszać, a nie powalać na kolana. To jakiś czysty idiotyzm. Borykam się z tym już od prawie trzech lat, a ten człowiek nawet nie wie, co do niego czuję. Z resztą może to i nawet lepiej, skoro raczej nie czuje tego samego. Przynajmniej od tych prawie trzech lat nic się nie zmieniło, więc sądzę, że raczej ma do mnie pociąg czysto przyjacielski. I tak się dziwię, że w ogóle mamy ze sobą kontakt z racji tego, że ciągle jesteśmy w innych miejscach. Zaczęło się oczywiście od Holmes Chapel, gdzie mieszkaliśmy obok siebie. Ale gdy miałam szesnaście lat, przeprowadziłam się do Londynu. A potem on się stał znany i też się tam przeprowadził. Odrobinę zagmatwane. Teraz przylatuje do mnie co jakiś czas, ale... Ja nawet nie wiem, czy to ma jakikolwiek sens... Bo gdyby to kiedykolwiek wypaliło (a nie wypali, bo już jestem na to za stara), to związek na odległość nie przetrwałby nawet miesiąca. Nie z moją porytą zazdrością, którą w kółko przeżywam, gdy widzę go z jakimiś kobietami. Nie, nieważne. Udam, że wcale nie zaczęłam o tym myśleć i wszystko...
- Błagam, Lena. Po prostu weź go dzisiaj zaciągnij do jakiejś łazienki i daj mu się wypieprzyć.
Zrobiłam wytrzeszcz jakich mało i poczułam, jak moje policzki zaczynają się robić coraz cieplejsze. No ona chyba kpi! Co to za tekst w ogóle?! Boże, widzisz i nie grzmisz!
- Zwariowałaś chyba! – rzuciłam piskliwym głosem, a ta ryknęła śmiechem, jeszcze bardziej mnie tym dobijając. Jakaś patologia. Byłam w stu procentach pewna, że ona została stworzona właśnie po to, by mnie sukcesywnie tłamsić. – Weź milcz, kiedy chcesz takie rzeczy mówić. Nie zrobię tego, bo...
- Bo jesteś cnotką niewydymką, wiem. – pokiwała głową, a ja strzeliłam sobie z otwartej dłoni w czoło. – No co? No chyba mi nie powiesz, że to niby dlatego, że nic do ciebie nie czuje? Ej, on się ślini do ciebie już chyba sto lat, czy nawet dłużej, ale jest tak samo pojebany jak ty...
- Nie przeklinaj!
- Tak, mamo! No. – zwróciła się z powrotem do mnie, gdy ja próbowałam ochłodzić dłońmi swoje rozpalone policzki. Na darmo. – Jest tak samo pojebany jak ty i myśli, że to ty nic do niego nie czujesz. Co. Za. Paranoja, Lena. Oboje powinniście się leczyć. A najlepiej jakby was zamknęli w jednym pomieszczeniu. – zachichotała, obracając się wokół własnej osi. – Pełno małych króliczków, po prostu peeeełno małych króliczków!
Zamknęłam oczy, licząc do stu miliardów, zanim odetchnęłam spokojnie.
- Nie rozmawiam z tobą na ten temat. To jest tabu. Szczególnie od momentu, gdy go zobaczysz, jasne?
- Jasne!
Czemu ja jej nie wierzyłam...?

Taksówka dowiozła nas na miejsce na kilka minut przed dziewiątą, a ja z podekscytowania nieomal się zabiłam na chodniku, gdy ciągnęłam Katarinę za sobą. Pokazałyśmy wejściówki ochroniarzom, uśmiechając się do nich szeroko. Całe szczęście, że mieliśmy jednego znajomego, który był od nas rok starszy. W Europie byłoby znacznie łatwiej o alkohol. Ale to wszystko nie było tak ważne jak to, że kierując się w stronę naszych miejsc, zobaczyłam tego kretyna odwróconego plecami do mnie w białej koszuli i wąskich czarnych spodniach. Zacisnęłam zęby, gdy moje serce zaczęło napieprzać jak głupie. Boże, dlaczego to musiało na niego paść?... Nie mogłam się zakochać w jakimś barmanie z jakiejś taniej speluny? Nie no dobra, to może nie byłby najlepszy plan. Ale mogłam się... Już wolałam się zakochać w Katarinie! Gdybym była bi, a nie jestem. Ugh.
- Lena, ogarnij się. Dzisiaj jest twój dzień i dzisiaj to tobie wszyscy padają do stóp, a nie na odwrót. – zauważyła trzeźwo Kat, a ja speszyłam się jeszcze bardziej, gdy dotarło do mnie, że świecę swoimi uczuciami na kilometr. FUCK!  - I przestań panikować!
Boże, pomocy. Weź coś zrób, zanim ja uczynię z siebie idiotkę na każdych frontach. Odetchnęłam głośno, wciągnęłam głęboko powietrze i zagryzłam usta, by zlikwidować ten głupi uśmieszek, którym zawsze się raczyłam, gdy Harry był w pobliżu.
- Jak to jest, że on jest od nas młodszy, a dostał drinka? – spytała nagle Kat, gdy mój wzrok padł na szklankę na stoliku, na której spoczywała dłoń Stylesa, jakby się bał, że ktoś mu ją ukradnie. – Może wcale nie będziemy musiały czekać na Martina... – dodała słusznie, a ja pokiwałam głową, marszcząc czoło. To wcale nie był zły pomysł. Choć ciągle nie wiedziałam, czemu on dostał tego cholernego drinka, kiedy ciągle wyglądał jak bachor. I znowu mi się przypomniało, w jak bardzo nieodpowiedniej osobie się zakochałam. To w ogóle nie miało racji bytu. Pomijając fakt, że naprawdę nic nigdy się między nami nie wydarzy.
- Skąd masz drinka?! – wykrzyknęła Katarina oskarżycielsko, wskazując na niego palcem i nawet muzyka nie była w stanie jej zagłuszyć, więc Harry tylko drgnął i odwrócił się w naszą stronę, a moje serce zrobiło sobie urlop i przestało bić. Nic nie dawały ochrzany w mojej głowie. Robiłam to już setki tysięcy razy, a moje wnętrzności i tak robiły sobie, co tylko chciały. Jego zielone oczy nawet na sekundę nie spoczęły na Katarinie. Zrobiło mi się gorąco, gdy Harry uśmiechnął się szeroko na mój widok i natychmiast poderwał się z kanapy, bym chwilę później zatonęła w jego niedźwiedzim uścisku.
- Och, Lena, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo za tobą tęskniłem! – usłyszałam i przestałam oddychać. Boże, czemu on nie mógł mówić o tęsknocie, ale takiej nie czysto przyjacielskiej...? – Wszystkiego najlepszego, skarbie! – i złożył na moim policzku soczystego buziaka, aż wciągnęłam ze świstem powietrze. Jezu! Niczego nie usłyszał, prawda?!
Zamrugałam szeroko otwartymi oczyma, gdy tylko odsunął się ode mnie i uśmiechnęłam się niemrawo.
- Dzięki, Harry. Ja też za tobą tęskniłam... – ale raczej w innym kontekście, niż ty. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na jedną magiczną chwilę i znowu głęboko zapadłam się w świadomości, że jestem beznadziejnie zakochana w tym człowieku. Jego twarz była tak nieprzyzwoicie blisko, że nawet nie zauważyłam, kiedy mój wzrok nieświadomie powędrował na jego usta i coś...
- Skąd masz drinka?!
I to się nazywa bezpieczna zmiana tematu. I troska o to, by twoja przyjaciółka nie rzuciła się na nieodpowiednią osobę. Dziękuję, Katarina.
Harry potrząsnął swoją głową i odgarnął teatralnie swoją grzywkę, unosząc brwi.
- Mój urok osobisty. – odparł, a Kat prychnęła głośno i zasiadła na przeciwległej kanapie do tej, na której jeszcze przed chwilą siedział Hazza. - Jestem sławny. Czy to jest dla ciebie bardziej przekonywujące?
- Owszem. – uśmiechnęła się do niego, a ja przewróciłam oczami, zasiadając obok niej. Jeszcze tego mi brakowało, żeby znowu zaczęły się ich docinki. Niby się lubili, ale za każdym możliwym sposobem robili wszystko, by tylko doprowadzić siebie do furii. Choć kończyło się to tym, że to ja byłam ta wściekła, a oni ci rozbawieni. – Przecież gdyby twój urok osobisty działał, miałbyś każdą laskę u stóp. Mam na myśli te, które ty naprawdę chcesz.
O nie. Ona chyba nie mówi tego wszystkiego poważnie...? Boże, nie mówi tego na poważnie?! Próbując zachować zimną krew, spojrzałam na nich krzywo i zawinęłam jedynego drinka stojącego na stoliku. Gdzie reszta? Gdyby ktoś jeszcze przyszedł, na pewno nie musiałabym się martwić o swoje zachowanie! GDZIE RESZTA?!
- Jasne, że mam.
- Jaaaasne. Jasne, jasne.
No i się zaczyna. Szkoda tylko, że Katarina gada o mnie tak, jakby mnie tu obok nie było. Zemszczę się. Jeszcze nie wiem jak, ale to zrobię i niech wtedy lepiej mi zniknie z oczu, bo będzie z nią cienko.
- No tak.
- Aha, szczególnie, że ty chcesz wszystkie kobiety, które tylko rozpływają się na widok twoich śmiesznych dołeczków, weź idź lepiej nam po drinki, a nie pierdolisz trzy po trzy jak pojebany. – zgasiła go Kat, a ja prawie zakrztusiłam się alkoholem, a gdy tylko udało mi się go bezpiecznie przełknąć, wybuchnęłam dzikim rechotem, choć nie do końca było z czego się śmiać. Nie od dziś było wiadomo, że Harry naprawdę miał słabość do płci pięknej. A moja psychika naprawdę ciężko to znosiła. – I dla siebie też weź, bo widzę, że Lena się już twoim drinkiem porządnie zajęła. – spojrzała na mnie, ja spojrzałam na nią i przełknęłam głośno ślinę, zdając sobie sprawę, że i mi i jej przeszło przez myśl zupełnie nie to co trzeba. Gdyby drink był w butelce, a gdyby butelka nie była butelką, tylko częścią ciała...
- Dzięki. – wymamrotał beznamiętnie Harry i zabrał z mojej dłoni szklankę, niechcący dotykając przy tym mojej skóry i mój wzrok natychmiast wystrzelił do góry. Przeszyły mnie dreszcze na widok miny Harry’ego, którego spojrzenie dosłownie przepalało mnie na wylot. Coś gwałtownie ścisnęło mi się w dołku i znów zapomniałam oddychać, aż do momentu, gdy postanowił przerwać kontakt wzrokowy i wmieszać się się w tłum, by skombinować nam drinki.
- O. Mój. Boże. – usłyszałam głos Katariny, ale ja w dalszym ciągu patrzyłam się tępo w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była twarzy Harry’ego. – Bachor dorósł i ogarnął, że to ciebie chce! Czy ty widziałaś jego wzrok?! Czy ty widziałaś...
- Zamknij się, próbuję nauczyć się oddychać, do cholery! – odwróciłam się w jej stronę tak, że aż podskoczyła. Miała podejrzliwie lśniące oczy i tak idiotyczny wyraz twarzy, że miałam ochotę jej przyłożyć. – Miałaś milczeć, kiedy mówisz takie rzeczy!
- Ale ty jesteś głupia, po prostu weź...
- Katarina!
- Jesteś głupia. – oznajmiła buntowniczo, a ja ponownie przewróciłam oczami.
- Powtarzasz się.
- Ale obiecujesz mi, że coś się dzisiaj wydarzy...?
- Nie. – najwyraźniej mój ton głosu ją zgasił, bo już nie podjęła tego tematu i udając, że mnie nie ma, wyszperała telefon z torebki, a chwilę później wrzeszczała coś przez niego w takim tempie, że nie sądziłam, by nasi Amerykanie ją zrozumieli. A wszystko dlatego, że jak się zbulwersuje, to z jej gadania można zrozumieć tylko bulgot.
- Martin! – ucieszyłam się, gdy nagle blondwłosy chłopak wyłonił się z tłumu tańczących ludzi. Stanowczo musiałam dzisiaj coś wypić, jeśli chcę mieć udany wieczór. Czułam się tak, jakbym połknęła kij i jeszcze kilka brukselek, których nienawidziłam. – Już myślałam, że mnie wystawisz!
- Moja Brytyjka nigdy nie zostaje na lodzie! – pochylił się nade mną i mocno mnie uścisnął i w tym samym momencie pojawił się i Harry. I w tamtym momencie już wiedziałam, że ten wieczór nie będzie miał nic ze wcześniejszych imprez. Ewentualnie ilość alkoholu w organizmie.

Słyszałam, że kiedyś ktoś powiedział, że najsilniejsza miłość to taka, która dojrzewa powoli. Moja nie dojrzewała. Przyszła, pierdolnęła mnie w głowę, aż z wrażenia zemdlałam i od tamtej chwili postanowiła ze mną zostać. Nie sądziłam, że mogłaby się skusić i odejść. Nawet się do tego przyzwyczaiłam. Do tego, że istnieje jedyna osoba, która wywołuje we mnie emocje jak każdy inny, tylko akurat ta osoba robi to tak, że aż boli. To tak, jakby zamiast rzucać we mnie kamyczkiem, on rzucał we mnie Mount Everestem. Najczęściej się nad tym nie zastanawiałam, bo tak naprawdę nie widziałam w tym sensu, szczególnie że jego tak często nie było. Ale gorzej było, kiedy on się pojawiał i mierzył mnie spojrzeniem w ten sposób jak właśnie teraz. Chociaż z drugiej strony to on jeszcze nigdy nie mierzył mnie spojrzeniem w TAKI sposób. Coś tu było nie tak. Albo byłam za bardzo pijana. Albo jedno i drugie.
Miałam już porządny problem z oddychaniem, bo chwilę później zorientowałam się, że zaczynam dyszeć pod naporem jego oczu. Musiałam się ogarnąć, zanim zrobię coś, co potem będę żałowała przez długi czas. Przełknęłam ślinę, opróżniłam szklankę do dna i wstałam, bredząc coś, że idę do łazienki nachlać się wody z kranu. Katarina nawet na mnie nie spojrzała, rozmawiając zawzięcie o czymś z Caroline, którą nie wiem, kto zaprosił. Niezbyt za nią przepadałam, bo miała naprawdę wysoki poziom samouwielbienia, a to z czasem stawało się bardzo irytujące.
Wstałam i uśmiechnąwszy się radośnie z powodu stabilizacji, której mi alkohol jeszcze nie ukradł, ruszyłam pewnie w stronę łazienek. Czułam na sobie wzrok Harry’ego i to było takie dziwne. Co zmieniła dzisiejsza noc? Dlaczego taki był? Dlaczego...
Nagłe zderzenie z obcym ciałem wyrwało mnie z rozmyślań i wtedy doszło do mnie, że jednak moja stabilizacja zanikła. Obce dłonie złapały mnie za ramiona i tylko dzięki nim nie zaliczyłam gleby jak rasowa pijaczka. Potrząsnęłam głową, próbując się ogarnąć.
- Wszystko w porządku? – usłyszałam dziwny akcent i podniosłam głowę do góry i moim oczom ukazał się jasnowłosy mężczyzna, naprawdę sporo ode mnie wysoki i coś dziwnie przekoziołkowało w moim brzuchu, gdy bezczelnie otaksowałam jego twarz. Wysokie czoło, wyraziste brwi, brązowe oczy okalane długimi czarnymi rzęsami, lekko zadarty nos i wargi, dolna wydatniejsza od górnej. Ciemny zarost dodał mu tylko jeszcze więcej tajemniczości, którą sobą przedstawiał. A mi zrobiło się dziwnie słabo na jego widok. Mężczyzna miał na sobie czarną koszulę rozpiętą na kilka guzików tak, że byłam w stanie dostrzec zarys tatuażu na jego gładkiej i opalonej klatce piersiowej. Szeroki pas podtrzymujący czarne, wąskie spodnie... zaraz, zaraz, zaraz. Gdzie ja, do cholery, patrzę?
- Tak. – wydusiłam z siebie, przeklinając kolejną perwersyjną piosenkę Rihanny, która brzęczała mi w uszach i kazała robić jakieś dziwne... rzeczy. Te cholernie kolczyki w jego dolnej wardze były...
Niespodziewanie jego dłoń chwyciła władczo mój podbródek, zmuszając mnie, bym spojrzała w jego oczy.  Tym razem to on mnie oceniał i chociaż nie mogłam uciec od jego brązowych tęczówek, widziałam wyraźnie, że się uśmiecha. I nie w taki sposób, jak uśmiechają się normalni ludzie. A może po prostu nikt... Jego kciuk znalazł się na moich ustach i sapnęłam głośno, przełykając nagły nadmiar śliny. Jego głodny wzrok przyprawiał mnie o dreszcze i moje serce było o krok od eksplozji. Spuściłam wzrok na jego szyję w momencie, kiedy jego grdyka uniosła się i opadła i nieświadomie oblizałam dolną wargę, zahaczając przez przypadek koniuszkiem języka jego kciuk. Ten ruch wydał mi się niesamowicie seksowny i Bóg mi świadkiem, że nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. To musiał być alkohol, bo, do kurwy nędzy, ja nigdy się tak nie zachowywałam w stosunku do nikogo, kogo znam. Nawet do Harry’ego!...
Oh, Harry! Harry...?
Mój rozbiegany wzrok błądził po jego twarzy, jakby chciał zapamiętać każdy cal, ale on mnie nagle puścił i zanim zdążyłam zapytać o cokolwiek, on uniósł dumnie podbródek i odmaszerował w tłum. I widziałam wyraźnie, że skierował się do wyjścia. Chciałam wiedzieć, jak się nazywa. Wydawało mi się, że już kiedyś go gdzieś widziałam, ale...
Harry!
Potrząsnęłam głową, zamrugałam kilkukrotnie i rozejrzałam się wokół siebie. No dobra. Ludzie wokół mnie zachowywali się tak jak wcześniej. Czy ja właśnie doświadczyłam pijackich omamów?
Boże, jestem jakaś dziwna.
Machnęłam ręką i doszłam w końcu do łazienki, gdzie najpierw zamknęłam się w jednej z kabin, by załatwić swoje potrzeby fizjologiczne, a potem przez kilka minut gapiłam się w swoje odbicie w lustrze, jakbym miała znaleźć tam coś ciekawego. Przynajmniej mój makijaż był na swoim miejscu. Nawet nie wzięłam ze sobą swojej torebki, żeby cokolwiek ogarnąć. Po co ja tu przyszłam?...
Westchnęłam, wytarłam mokre od wody dłonie w papierowy ręcznik i wyrzuciłam zgniecioną kulkę do śmieci. Bolały mnie nogi. I byłam kompletnie zrezygnowana.
- To miały być moje najlepsze urodziny, do cholery jasnej... – burknęłam sama do siebie i pchnęłam drzwi, by z powrotem znaleźć się w sali dudniącej muzyką i krzykami ludzi, którzy się tu zebrali. Zatrzymałam się w pół kroku, gdy przede mną wyrósł jak spod ziemi Styles z rękoma w kieszeniach. Zagryzłam wargę, próbując opanować nadchodzące dreszcze i inne dziwne rzeczy, którzy przyniosła ze sobą miłość do tego chłopaka. – Harry...? – wydukałam, gdy pokonał dzielącą nas przestrzeń i stanął przede mną tak blisko, że czułam ciepło jego ciała. – Harry, co... – urwałam, gdy jego dłoń nagle wsunęła się w moje włosy, by odgarnąć je z twarzy. Zapomniałam, o co miałam spytać. Jeszcze przez króciutką chwilę, która trwała jak wieczność, przyglądał mi się w milczeniu, aż w końcu jego dłoń zatrzymała się na moim karku i zmusiła mnie, bym przysunęła się do niego jeszcze bliżej. A potem on pochylił się nade mną, jego oddech owionął moją twarz i nie zdążyłam zamknąć oczu, gdy jego usta znalazły się na moich ustach, rozlewając we mnie falę gorąca. Jęknęłam głucho, przymykając powieki i druga dłoń wplątała się w moje włosy, nieświadomie związując mnie z nim jeszcze bardziej. Czekałam na to ponad trzy lata. Ale rzeczywistość była o wiele lepsza, niż każde realistyczne wyobrażenie.
Wsunęłam dłonie pod jego koszulkę i zaczęłam go gładzić po plecach, nie wierząc, że to się dzieje naprawdę. Oderwałam się od niego ze świstem, by spojrzeć w jego oczy ostatni raz, a gdy on uśmiechnął się sugestywnie, ja z powrotem wpiłam się w jego usta i chwilę później już sami przestaliśmy nadążać nad tym, gdzie była czyja ręka i co dotykała.
Dziwne było to, że przeszło mi przez myśl, że gdyby miał kolczyki w ustach, prawdopodobnie nigdy by się nie wydostał z potrzasku moich zębów. Zadygotałam radośnie.

><><><><><><><><

Mam nadzieję, że zostawicie po sobie jakikolwiek komentarz zawierający obelgi w kierunku Harry'ego Stylesa, który był wzorem dla Louisa the Fluffa XD Nie, a teraz na poważnie. Mam nadzieję, że się podobało :)